Icek podszedł do Beniamina, zmierzył go od stóp do głów, splunął, nieomal mu w twarz, i odszedł wściekły. Od tego momentu sytuacja w bożniczce uległa zmianie. Szmulik Bokser wraz z Berlem Francuzem zawarli pakt z Chajklem Głową. Wikta wysłała na morze tysiące okrętów ze straszliwymi maszynami. Wujek Izmael przekroczył Prut73, a Napoleon zasypał gradem bomb Sewastopol74. Tewje Mok wahał się. Nie mógł się zdecydować, na którą stronę przejść. Obracał tylko językiem i nie wiedział, na jakim świecie żyje. Icek Prostak natomiast pozostał sam; samotny jak palec. Próbował walczyć, wprost wychodził z siebie. Przecież to nie żarty. On jeden, na ich tylu. Tym bardziej uwziął się na Beniamina. Odtąd wciąż szukał z nim zatargu. Gdzie tylko mógł, robił mu na złość.
— Bóg mi świadkiem — pisał Beniamin — że nie wtrącałem się do polityki. To nic by nie dało. Co polityka ma wspólnego z Żydami? Dla mnie mogło być tak, mogło być inaczej. Wszystko jedno. Również Senderl, za Boga, nie mieszał się do tych spraw. Mimo to Icek nie dawał mi spokoju ani w dzień, ani w nocy. To obsypywał mnie podstępnie pierzem, to ukradkiem rzucał we mnie poduszką, to znów chował mi but, a ja miałem potem urwanie głowy. Gdym tylko zasypiał, łaskotał mnie słomką po piętach. Budziłem się przerażony. Gdym ponownie zasnął, puszczał mi dym w nos. Zrywałem się wtedy z posłania półżywy, kaszlałem potem przez godzinę. Wychodziło na to, że z mojej winy trzy partie połączył sojusz.
Rozdział ósmy. O tym, jak nasi bohaterowie chodzili po prośbie
Większą część dnia nasi bohaterowie poświęcali na uganianie się za zarobkiem. Składali wizyty w domach mieszkańców Teterywki, nic więc dziwnego, że wnet stali się sławni. Pokazywano ich z daleka palcami. Witano uśmiechami, dobrymi słowami. Ktoś inny na ich miejscu chodziłby dumny jak paw z powodu okazywanego mu szacunku. Obwieściłby na cztery strony świata, że wszyscy, bez uroku, ludzie cenią go, wprost pławią się w rozkoszy na jego widok i delektują każdym łaskawie im wydzielonym słowem. Bo przecież pozdrawiają go uśmiechem już na progu domu i takim samym uśmiechem odprowadzają potem do samych drzwi. Nasi bohaterowie należeli jednak do ludzi skromnych i nic sobie nie robili z tych zaszczytów. Beniamin miał głowę zaprzątniętą własnymi sprawami, zaś Senderl zważał tylko na jedno: dbał, aby torba była pełna. Aby w kieszeni znalazło się trochę grosza na niezbędne wydatki. Dla Żyda jest obojętne, jak wręczają mu datek. Czy przy tym grymaszą, czy też śmieją się. Ważne tylko, aby w ogóle coś dali.
Dziś jest Purym, a jutro już nie —
Dajcie grosik i wyrzućcie nas precz.
Ta popularna żydowska piosenka doskonale charakteryzuje naszych bohaterów. Pewnie dlatego Senderl nucił ją bez przerwy. — Dzień dobry! Szczęść Boże! — pozdrawiali gospodarzy. W takich wypadkach Senderl najpierw ciągnął Beniamina za poły, a potem wypychał go naprzód. Szeptem udzielał mu wówczas rad, by zechciał przemóc wstyd. Sam zaś stawał z boku i przyjmował postawę pełną skromności i szacunku.
Pewnego razu, gdy obchodzili dom po domu, w jednym z mieszkań natknęli się na młodego człowieka, który właśnie zajęty był rozmową z gospodarzem. Młodzieniec wyraźnie nie skąpił sobie pochwał. Podpierał swoje racje jakimiś papierkami i raz po raz wysuwał konkretne żądania. Gospodarz raczej nie okazywał zachwytu. Krzywił się z dezaprobatą i dumał, jak się uwolnić od tego młodzieńca. Ujrzawszy naszych bohaterów, uczepił się ich jak tonący deski. Powstał i ruszył im naprzeciw. Miał nadzieję, że mają do niego jakiś ważny interes. To oznaczałoby wybawienie. Kiedy jednak usłyszał, o co im chodzi, przeraził się. Uznał ich odwiedziny za dopust Boży, za klęskę, która spadła nań nieoczekiwanie. Tym gorzej, że to podwójne nieszczęście. Masz ci los! Jeszcze kilku podróżników. Gospodarz aż syczał ze złości. Zwrócił się do młodzieńca:
— Ci oto Żydzi to także podróżnicy. Niech pan przyjmie to do wiadomości. Sami wędrowcy zwalili się na moją biedną głowę.
Młodzieniec zmierzył naszych bohaterów złym okiem, ci zaś odwzajemnili mu się podobnym spojrzeniem.