— Słuchaj, Beniaminie — szepnął Senderl, trzymając jednocześnie towarzysza za poły kapoty. — Możliwe, że ten oto młodzieniec udaje się w tym samym kierunku, co my. Jeszcze gotów, uchowaj Bóg, nas wyprzedzić. Gotów wystrychnąć nas na dudków.

— Coś mi się wydaje, że stanowicie razem dobraną kompanię — odezwał się gospodarz.

— Skarz nas Bóg — gorliwie zaprzeczyli Beniamin i Senderl. — Wędrujemy oddzielnie, każdy swoją drogą. Pora chyba już iść.

— A idźcie sobie na zdrowie. Niech będzie oddzielnie. Dla mnie i tak wszystko jedno — mówiąc to gospodarz wyjął z kieszeni monetę.

Na ten widok Senderl natychmiast wyciągnął rękę.

— Darujcie ją, za przeproszeniem, nam. My zaś wydzielimy już temu młodzieńcowi jego udział. Młody człowieku, chodź z nami. To, co ci się należy, dostaniesz. Ja mam drobne, rozmienię.

Nieoczekiwanie drzwi kuchenne otworzyły się z łoskotem i rozległ się kobiecy krzyk:

— Ależ to on! Ten sam. Obok tego chuderlaka. Wtedy też włóczyli się we dwójkę. Od razu go poznałam. To cudo, tę piękność! Poznaję. Ta sama gęba, ta sama ruda bródka. Ale bym mu z niej włoski wyrwała. Boże jedyny! Spraw, aby jego serduszko szlag trafił! Oby mu szpik w grzesznych kościach wysechł na amen.

— Nic tu po nas, Beniaminie! Chodźmy stąd — Senderl wziął przyjaciela za klapy, powlókł za sobą i rzekł: — A niech ją licho porwie. To ci bezczelna baba! Ją ciągle jeszcze obchodzą te jajka!

Rozdział dziewiąty. Jak zasługi przodków obróciły się na korzyść naszych bohaterów