Badacze starożytności, którzy w oparciu o swoją wiedzę potrafią z igły zrobić widły, dorobili do tej legendy obszerny komentarz naukowy, w którym zgodnie ze swoim zwyczajem tysiącem kruczków udowodnili, że podanie zawiera wiele prawdy. Przytaczają przy tym następujące argumenty: po pierwsze — domy Głupska. Są to budowle o dziwacznej konstrukcji, zrobione na modłę sprzed tysięcy lat, gdy ludzie mieszkali jeszcze w namiotach lub gnieździli się w jaskiniach. Wiele budowli w Głupsku wygląda naprawdę niczym groty, inne przypominają namioty Tatarów. Charakterystyczne ustawienie wskazuje, że są ze sobą skłócone. Jeden do Sasa, drugi do Lasa. Jakby prowadziły przekorny dialog. „Jeśli ty — powiada jeden — stoisz wsunięty w głąb, to ja tobie na złość będę wystawał. Stoisz w poprzek, to ja na odwrót. Ty chcesz mieć schodki na zewnątrz, to ja sobie winszuję mieć drabinkę. Jeśli ktoś ma do mnie interes, niech wspina się po drabinie. Nie umrze od tego. A jeśli tobie strzeliło do głowy podnieść wyżej swój połatany daszek, to mój daszek lokuję nisko. Właśnie tak, nie inaczej. Komu się nie podoba, niech zamyka oczy”. To wszystko świadczy o związku miasta z bardzo odległymi czasami. Po drugie: obyczaje mieszkańców. Spotkamy się jeszcze dziś z obyczajami, wywodzącymi się od pogan, wśród których ongiś żyli. Nieznane jest im abecadło. Nie mają pojęcia o rachunkach. Nic dziwnego więc, iż działalność gminy i wszystkich innych instytucji prowadzona jest bez zapisów, bez ksiąg. Szefowie nie składają przed nikim sprawozdań. Po trzecie: istnieją tu kasty społeczne. Ludzie są podzieleni, jak ongiś u Hindusów. Mamy tu na przykład kastę łapucapników, czyli zdzierców. Jest to śmietanka, elita społeczna, twardą ręką sprawująca władzę. Jest kasta błatniaków81 — adwokatów. Stoją oni zwartym murem za zdziercami. Bronią ich w każdej potrzebie przed przeciwnikiem. Otrzymują za to od nich określone wynagrodzenie pieniężne i dodatkowy przydział mięsa. Następna kasta to krętacze. Oszuści. Mogą wszystkich wyprowadzić w pole. Sami zaś potrafią wykręcić się z każdej afery. Dzielą się na złośliwych bankrutów, na świeckich ludzi światowych, mających bardzo wiele do powiedzenia w sprawach handlu oraz na duchownych dwulicowców, którzy mają wiele do powiedzenia w sprawach wiary. Poza tym mamy tam kastę GTNŻ, czyli Głupio Tchórzliwych Niemych Żebraków — biedny, prosty lud, który porażony strachem podporządkowany jest wyżej wymienionym kastom. Po czwarte wreszcie: moneta. Chodzi tu o monetę, którą kiedyś wydobyto przy kopaniu grobli. Z jednej strony była bardzo starta. Ledwo było widać zarys kawałka jakiegoś fartucha przymocowanego do kija. W dolnej części coś podobnego do koryta, z którego wystawały fragmenty głów. Na odwrotnej stronie moneta była niemal gładka. Przy wnikliwej obserwacji można jednak było rozpoznać staromodnym pięknym pismem wytłoczone litery J.A.SZ. Ł.E.G. WE.A. NAF. Uczeni łamali sobie głowy nad tym napisem. Przypisywali mu różne znaczenie, każdy według swojej teorii. Jedni wysuwali hipotezę, że J i G na początku i na końcu nie są wcale literami. To podobno jedynie fragmenty ornamentacji, która z biegiem lat starła się. Dlatego napis brzmi A.SZŁ, co oznacza drzewo, a WEANAF oznacza WE i ANAF — gałąź. W ten sposób otrzymujemy wyjaśnienie, skąd się wziął kij z fartuchem. Inni dla odmiany wykładali szyfr całkiem inaczej. Spór uczonych był głośny. Poruszył niemal cały świat. Trwałby zapewne długo, gdyby nie pojawił się ktoś, kto miał tak zwane otwarte oczy. Odczytał napis zakładając, że jest on złożony z pierwszych liter poszczególnych wyrazów, a mianowicie: J to Jehudej — czyli Żydzi, A czyli Afir, SZ czyli Szebau, „którzy przybyli”, Ł czyli łekan, co znaczy „tu”, G czyli Głupsk, to znaczy „do Głupska”. We, czyli we nitjaszwu, oznacza „osiedlili się”, A czyli oznacza „nad”, N czyli nahar, oznacza rzekę, F, jeśli z kropką, to P czyli Piatigniłówka, co oznacza naszą rzekę Piatigniłówkę. Kij z fartuchem i koryto z głowami to nic innego, jak tylko okręt żaglowy z ludźmi. Ów uczony napisał na ten temat dość grubą księgę. Nie omieszkał też zwrócić się z apelem do czytelników, aby przystąpili do oczyszczania rzeki. Znajdą tam, zapewniał, jeszcze wiele antycznych przedmiotów, które rzucą światło na przeszłość Żydów z Głupska. Miejscowi Żydzi jednak nie palą się do pracy przy oczyszczaniu rzeki. Twierdzą, że to, co zostało dawno, w zamierzchłych czasach dokonane, powinno pozostać nietknięte. Ludzkie oko nie śmie tego oglądać. W samym mieście możemy naliczyć około trzydziestu do czterdziestu wielkich kałuż, wliczając w to oczywiście bajora. Wszystkie łączą się poprzez kanały z korytem Piatigniłówki. W pewnych okresach, zwłaszcza przed Wielkanocą, kałuże występują z brzegów i zalewają ulice rzadkim błotem. Wtedy nawet wysocy mogą sobie czapki na głowie zapaćkać. W nocy Głupsk oświetla samotna latarnia, której pilnuje notabene aż czterech wartowników. Mimo to można sobie połamać nogi i ręce. Kradzieże, bez względu na wartowników, należą tam do częstych zjawisk. Jaki z tego wniosek? Przed niczym nie da się zabezpieczyć. To, co komu sądzone, spełni się. Człowiek tego nie zmieni. Na nic tu jego mądrość, dlatego też, powiada Beniamin, należy zamknąć oczy i zdać się na łaskę Boga. Sądzę, że On powierzy nas opiece aniołów. Nie ma rzeczy bez sensu. Najlepszy dowód, powiada Beniamin, to fakt, że zabezpieczyłem na sto procent tałes i tefilin. Położyłem go w bożnicy na półce. Czy może być lepsze i pewniejsze miejsce?

Wszakże gdy Bóg nie raczył upilnować, ktoś je zwędził razem z innymi rzeczami.

Rozdział jedenasty. Dziwy i cuda nad Piatigniłówką

Kiedy nasi bohaterowie ujrzeli Piatigniłówkę, ogarnęło ich zdumienie połączone z przerażeniem. Takiej rzeki jeszcze w życiu nie widzieli. Senderl orzekł, że jest to chyba największa rzeka świata. I nie mogło być inaczej. Przechodziła wszelkie wyobrażenia. Nie byle jaka rzeka, taka rzeka! Ze sto razy chyba większa od tuniejadowskiej. Senderl był człowiekiem prostym, bez specjalnego polotu. Poza Tuniejadówkę nosa nie wystawiał. W piśmie nie był uczony. Nic też dziwnego, że wszystko, co choć trochę różniło się od Tuniejadówki, wydawało mu się czymś niezwykłym, zupełnie nowym. Był święcie przekonany, iż na tych dopiero co widzianych nowinkach świat się kończy. Beniamin miał obszerniejsze wykształcenie. Liznął, bądź co bądź, trochę wiedzy ze swoich książek. Jako tako poruszał się w siedmiu podstawowych dziedzinach nauki. Miał ogólne pojęcie o ziemskim raju, o świecie. Znał prace opisujące dziwne i niezwykłe stworzenia żyjące w Indiach. Przeczytał rozmaite lektury. Mimo to przy każdym zetknięciu z jakimś nowym zjawiskiem ogarniało go zdumienie. Serce wówczas biło mu żywiej. Starał się tego nie okazywać. Uśmiechał się tylko. Miało to znaczyć: „Ot, głupstwo. Zero w porównaniu z tym, co jeszcze jest gdzieś tam w świecie”. Przekonywał Senderla, że Piatigniłówka to betka, to za przeproszeniem, po prostu śmieć w porównaniu z Jordanem. Pewnie, że cztery razy większy jest od niej Jordan. Wody nie starczyłoby w Piatigniłówce, gdyby Szor Habor chciał choćby raz łyknąć, a jeśli chodzi o nazwę Jordan, to, nomen omen, Jordan oznacza przesadę, mnóstwo. Krótko mówiąc — Jordan.

— Wiesz co, Senderl, wpadło mi do głowy — powiedział Beniamin, stojąc w zamyśleniu nad brzegiem Piatigniłówki. — Aby w dalszą drogę popłynąć rzeką.

— Bój się Boga! — Senderl był przerażony. — Weź pod uwagę, że nasza tuniejadowska rzeka pochłania co roku ofiary. Cóż dopiero taka rzeka, jak ta! Ileż ona może pochłonąć? Miej litość nad nami. Zlituj się nad twoją żoną, nad twoimi dziećmi.

— Trzeba mieć wiarę, trzeba ufać, mój Senderl!

Ufność to żydowska specjalność. Ufność, jedynie ufność pomogła naszemu praojcu Jakubowi przekroczyć Jordan. A dokonał tego, mając w ręku jedynie laskę. Ufając, Żydzi zakładają wielkie sklepy. Gdzie tylko spojrzysz, sama ufność. Nawet schody i sufity, nawet domy opierają się na ufności. Trzymają się bowiem na słowo honoru.

— Dobrze, ale dlaczego upierasz się przy wodnym szlaku? Można przecież podróżować również lądem.

— Wiele racji przemawia za rzeką. Po pierwsze — tłumaczył Beniamin — będzie bliżej i szybciej. A my powinniśmy jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Im prędzej, tym lepiej. A dlaczego? To już moja sprawa. Moja w tym głowa. Prześladuje mnie jedna myśl. Uwiera i dręczy. Gnieździ się w mojej głowie. Ciałem i duszą pragnę być już tam. Gdyby to było możliwe, poleciałbym tam niczym ptak na skrzydłach. Po drugie: gdy Beniamin z Tudeli82 w swoim czasie puścił się w podróż, to najpierw popłynął rzeką Ebro. Pisze o tym wyraźnie w swojej książce. Skoro więc on przed wiekami wyruszył w podróż rzeką, nie lądem, to widocznie tak właśnie ma być. Nie inaczej. A on wiedział, co robi. Niewątpliwie był mądrzejszy od nas wszystkich. Możesz mi wierzyć. Ów Beniamin sprzed wieków to nasz poprzednik. Powinniśmy dlatego naśladować go i nie zadawać zbytecznych pytań. A skoro tak się rzecz ma, to wszystko jasne. Jakem Żyd, jakem Beniamin, gdyby nawet ów reb Beniamin nie popłynął rzeką, a poleciał na pogrzebaczu, to też nie powinniśmy długo medytować. Trzeba by wtedy natychmiast wziąć pogrzebacz i też pofrunąć. A po trzecie — Beniamin w tym miejscu zrobił pauzę — nie zaszkodzi przyzwyczaić się do rzeki, nim przyjdzie żeglować nam po oceanie. Gotów jestem przysiąc, że nie zaszkodziłoby, przed ostatecznym pożegnaniem się z Głupskiem, zakosztować przejażdżki po rzece dla samej tylko przyjemności. Tam, tam, widzisz, stoi ktoś przy łódce. Podejdźmy do niego. Zapłacimy mu i nas przewiezie.