W kilka chwil po tym nasi bohaterowie, pełni optymizmu, siedzieli już w łódce. Płynęli po rzece. Z początku to nawet oblatywał ich strach. Senderl odczuwał zawroty głowy. Po plecach przechodziły mu dreszcze. Miał uczucie, że łódź się wywróci. Widział już siebie, jak wpada w odmęty rzeki. Pomyślał, oto nadchodzi kres jego życia. Jego żona, Zelda83, już na zawsze pozostanie wdową. Wkrótce jednak poczuł się trochę lepiej.

Gdy wyszli na brzeg, Beniamin pocieszał przyjaciela.

— Nic nie szkodzi, Senderl. Nie przejmuj się. To nic, że ci się trochę kręci we łbie. Nic, że najlepiej się nie czujesz. To zwykła morska choroba. Kto po raz pierwszy znajduje się na morzu, ten obowiązkowo musi ją przejść. Następnym razem wszystko będzie dobrze. Przekonasz się.

Od tej chwili nasi bohaterowie coraz częściej wypuszczali się na rzekę i znajdowali w tym zajęciu przyjemność. Poczuli się pewniej. Przepłynąć morze wydawało im się dziecinną zabawką.

Za pośrednictwem Senderla Beniamin wdał się w rozmowę z właścicielem łódki. Zasypał go pytaniami. Przytoczę kilka z nich.

— Zapytaj go, Senderl, spytaj, proszę cię, tego kapitana, ile stąd może być kilometrów do morza albo czy tu są w pobliżu jakieś wyspy? Co za ludzie tam mieszkają? Czy są wśród nich Żydzi? Komu płacą podatki? Czy mają jakieś pojęcie o diasporze? Albo z innej beczki: zapytaj, Senderl, dla samej jeno ciekawości, tego nieobrzezańca, czy wie, co to jest góra Gisbon. Dowiedz się, czy słyszał kiedykolwiek i cośkolwiek o dziesięciu zaginionych plemionach? Wszystko możliwe. Może właśnie słyszał?

O takie właśnie rzeczy dopytywał się Beniamin. Jednak zasób słownictwa języka gojów, który Senderl przyswoił sobie nieco dzięki wspólnym wyprawom z żoną na targ, był zbyt skromny. Był zupełnie ubogi, gdy w grę wchodziły sprawy wzniosłe. Potargować się o cebulę, jajka i kartofle, to i owszem, umiał. Dyskusja z „kapitanem” o problemach naukowych przekraczała wszak jego możliwości. Żal i litość brały, gdy Senderl podczas takiej rozmowy męczył się i pocił. Mówił rękami i nogami. Była to ciężka praca. Ociekał potem. Zaiste, Pan Bóg powinien był się nad nim zlitować. „Kapitan” zaś to spluwał, to odburkiwał, to znów patrzył na niego złym okiem. Tak jakoś koso. Dla odmiany Beniamin nie przestawał mu wiercić dziury w brzuchu. Szturchał go nieprzerwanie i wpatrywał się w jego usta.

Wyn czerwony Żydki, wyn pytaje — tak mówił Senderl wskazując na Beniamina.

Iz czerwonych Żydków ja znam Lejbku, Szmulku, bohati Żydki — odpowiadał za każdym razem nasz kapitan.

Nie Lejbku, ni, ni. Wyn czerwony Żydki, pytaje, tamoczka, jakby to powiedzieć, no tamoczka, koło pagórka Gisbon.