— Gisbona, Żydka Gisbona?
— Powiedz mu, Senderl — domagał się Beniamin — koniecznie powiedz, że chodzi tu o górę. Opisz mu ją. Tak, jak tylko potrafisz.
Senderl splótł obydwie ręce i wyciągnął ramiona. Chciał w ten sposób wyobrazić górę. Pomagał sobie krzykiem: — Góra, hen, hen, wysoko!
— Tfu! — splunął nieobrzezaniec i wyładowując złość na Senderlu, posłał go do wszystkich diabłów.
O swoich rejsach po Piatigniłówce Beniamin opowiada cuda, niestworzone wprost rzeczy.
Pewnego razu płynąc po rzece dostrzegł na samym środku nurtu dość spore skupisko roślinności. Zieleń była tak wspaniała, że nie mógł oderwać od niej oczu. Pomyślał, iż to porosła trawą i wonnym zielem wyspa. Przełożył nogę za burtę i zamierzał już wyskoczyć z łódki. W tym momencie „kapitan” chwycił go z tyłu ze wszystkich sił i pociągnął z powrotem. Beniamin nie zrozumiał, co się stało. Słyszał tylko, jak wokół łódki coś się z szumem kotłuje. Odniósł wrażenie, że łódka się z czymś mocuje. Uczuł, iż z wielkim trudem posuwa się naprzód. Gdy wrócił do siebie, dowiedział się od „kapitana”, że był w poważnym niebezpieczeństwie. Niewiele brakowało, a utonąłby w tej urokliwej zieleni. Nie jest to bowiem wyspa, jak sądził, tylko zarośla, kwiecie, którym Piatigniłówka zakwita każdego roku.
— Ja jednak — pisze Beniamin — nie dałem sobie wmówić, że to tylko wodne kwiecie. Prawda, pachniało. Póki żyję, nie słyszałem, ani nie przeczytałem w książkach, aby woda kwitła. Gdyby tak było, to by na wodzie wschodziły również jakieś owoce i należałoby wtedy odmawiać błogosławieństwo na chwałę Stwórcy owoców wody. Takiego błogosławieństwa, jak wiadomo, nie ma. Jestem zdania, że chodzi tu o straszną, niesamowitą rybę morską, którą zowią chlejna. Księga Cel Olam wspomina o niej tymi słowy: „Przeraźliwie potężna ryba, która zwykła pokrywać się trawą i ziemią. Wygląda wtedy jak prawdziwa wyspa. Wprowadza w błąd żeglarzy, którzy biorą ją też często za górę. Lądują na niej i rozbijają obóz. Rozpalają ognisko, gotują strawę. Czując ciepło ognia ryba zanurza się w wodę, pociągając za sobą wszystkich, którzy na niej znaleźli przystań”.
Stanowi to niezbity argument dla tych mędrców, którzy twierdzą, że mieszkańcy Głupska wywodzą się z Indii. Kiedy ich przodkowie w zamierzchłych czasach wpłynęli na wody Piatigniłówki, przywlekli z sobą chlejnę. Jak wiadomo, żyje ona w Oceanie Indyjskim i znamienną jej cechą jest to, że podąża za statkami. Gdy pewnego dnia Beniamin zajrzał w toń rzeki, spostrzegł na jej dnie dziwne istoty. Przypominały one dziewczęta.
— Jeszcze dawno, dawno temu — opowiada Beniamin — przeczytałem, że w wodzie żyją ludzie. Autor Cel Olam, naoczny świadek, tak pisze: „Głowa, ciało, twarz i piersi zupełnie jak u dziewcząt. Mają piękny głos. Zowią się syreny”. Od zacnych i starych ludzi, których prawdomówność nie podlega dyskusji, słyszałem, że na własne oczy widzieli takie syreny u komediantów. Po spektaklu pokazywano je zazwyczaj ludziom za parę marnych groszy. Szczęśliwy jestem, że dziś miałem sposobność sam je obejrzeć. Natychmiast zwróciłem uwagę temu nieobrzezańcowi. Ten zaś wyciągnął rękę w stronę zgromadzonych na brzegu praczek. Faktycznie, kobiety prały bieliznę. Ja mu zwracam uwagę na to, co jest pod wodą, a on uparcie pokazuje mi to, co na brzegu. A że nie mogliśmy się porozumieć w języku zrozumiałym dla nas obu, nic dziwnego, że on nie zdawał sobie sprawy z tego, o czym ja mówię, ja zaś z tego, co on mi tłumaczył. Nie mogłem z nim dojść do ładu.
Nieopodal brzegu, w miejscu położonym najbliżej miasta, zauważył Beniamin pewne miejsce na rzece, gdzie woda była dziwnie gęsta. Była jakby zastygła. Woziwoda napełniał tu swoją beczkę i objeżdżał potem gospodarskie domy. Przedtem jednak gęstą ciecz rozwadniał w zwykłej wodzie z beczki. W tej dopiero wodzie mieszkańcy Głupska gotowali potrawy.