— Ja sam — powiada Beniamin — jadłem potrawy gotowane w tej wodzie. Wierzcie mi, obym tak zajadał się mięsem Lewiatana, nadzwyczajny miała smak. Zwykła sztuka mięsa w niej gotowana staje się królewską potrawą. Potrawą nad potrawami. Nabrałem do kieszeni mnóstwo kawałków zestalonej wody i poleciłem Senderlowi zrobić z nich paczkę. W naszej dalekiej wyprawie po morzach i pustyniach mogłaby się przydać.
Pewnego popołudnia nasi bohaterowie udali się na spacer za miasto. Byli w radosnym nastroju. Śmiali się, dowcipkowali. Wymieniali radosne spojrzenia. Cieszyli się pełnią szczęścia. Wyglądali na parę zakochanych, na małżeństwo w miodowym miesiącu. Beztrosko spacerowali po zielonej łące. Delektowali się rozmową. A co było powodem ich wielkiej radości? W samej rzeczy, co mogło być jej źródłem? Czym wytłumaczyć, że nagle poczęli tańczyć i śpiewać? Dlaczego stroili przedziwne miny? Jakby zupełnie oszaleli. A rzecz, szanowni moi państwo, miała się tak. Szczerze, z ręką na sercu, powiem wam. Powzięli wreszcie decyzję. Postanowili opuścić Głupsk. Już jutro pożeglują do dalekich krajów. Tam, dokąd zamierzali dotrzeć. I oto w chwili, gdy rozradowani bohaterowie spacerowali sobie w najlepsze, nadjechała furmanka. Siedziało na niej dwóch Żydów. Jeden trzymał bat, którym poganiał konie, zaś drugi siedział z boku, nieco pochylony. Czapkę miał nasadzoną na bakier. W ustach trzymał słomkę. Znak nieomylny, że żydowska łepetyna pracuje. Kombinuje. Niesamowicie przy tym się wiercił.
Żydzi z wozu obejrzeli naszych bohaterów od stóp do głów, po czym wdali się z nimi w pogawędkę. Naturalnie pierwsze pytanie brzmiało: — Skąd to, panowie Żydzi? — Następne zaś: — A nazywać, to jak się nazywacie? — A potem pozostała lista pytań, jak to zwykle bywa u Żydów przy spotkaniach. Nasi bohaterowie tylko na to czekali. Rozwarli usta. Zaczęli opowiadać. Niczego nie ukrywali. Co mieli na sercu, to i na języku. Żydzi zlustrowali ich spojrzeniami. Na ich twarzach pojawił się dziwny jakiś uśmieszek. Coś tam między sobą poszeptali. Ten z przekrzywioną czapką zauważył: — Nie szkodzi. Ujdzie. W najgorszym wypadku jeszcze parę złotych.
— Wiecie wy co? — odezwali się wreszcie Żydzi z furmanki. — Nasze miasto również zasłużyło na to, aby gościć w swoich murach takich wspaniałych jegomościów, jak wy. Zróbcie nam honor i wsiądźcie do naszego wozu. Bardzo was o to prosimy. Wybaczcie nam śmiałość, ale wsiadajcie szybko. Bez zbędnych ceregieli. Ludzie w naszym mieście przyjmą was z otwartymi ramionami. Jesteśmy tego pewni. Nie poskąpią wam jedzenia. Nie pożałują picia. Dadzą wam wszystko, czym chata tylko bogata.
— Wierzcie mi, że chętnie spełnilibyśmy waszą prośbę — odpowiedział Beniamin — ale postanowiliśmy nieodwołalnie jutro wyruszyć w dalszą podróż rzeką.
— Nie miejcie nam za złe — oponowali Żydzi — jeśli powiemy, że pleciecie bzdury. Istne banialuki. Cóż to za rzeka, ta Piatigniłówka. Toż to, za przeproszeniem, dołek kloaczny. Prawdziwe paskudztwo. Bagno śmierdzące. U nas płynie Dniepr. Płynie prosto do morza. Od nas, jeśli Bóg da, potraficie szybko i niezawodnie dotrzeć do miejsca, w którym zaznawać będziecie pokoju. Nie upierajcie się. Na Boga, wsiadajcie i jazda.
— Co ty na to, Senderl? Może uczynić zadość prośbie tych Żydów i pojechać z nimi?
— Też mi zmartwienie. Skoro chcesz jechać, Beniaminie, to jedziemy.
Nie namyślając się już dłużej wsiedli na furę. Byli usatysfakcjonowani, bo nie lada zaszczyt ich spotkał. Byli zaproszeni w gości. Wyobraźnia podsuwała im obrazy sukcesów, jakie wkrótce odniosą. W wesołym nastroju mijał czas. Żydzi okazywali im troskę. Pilnowali jak źrenicy oka. O czymś podobnym nie mogli nawet marzyć.
Następnego dnia wieczorem przybyli do Dnieprowca. Zajechali na stancję, gdzie Żydzi z wozu zamówili dla nich kolację.