— Co też pleciesz! Mało może się człowiekowi przyśnić? Mnie na przykład śniło się dziś, że nawiedził mnie smok. Podchodzi ci ta bestia do mnie, patrzy na mnie, przeszywa wzrokiem i powiada: „Czy pan jest owym reb Beniaminem z Tuniejadówki? Proszę bardzo, pan pozwoli ze mną. Pójdziemy tam, gdzie Aleksander Macedoński przebywa ze swoim wojskiem. Pragnie on cię poznać. Usycha po prostu z tęsknoty”. No i ruszamy. Smok pędzi z przodu. Ja za nim. „Leci pan, bez uroku, jak strzała z łuku. Nie mogę pana dogonić”. Głos ten rozlega się za moimi plecami. Odwracam się i kogo widzę? Aleksandra Macedońskiego. Łapię go za rękę. Krzyczę: „Królu mój! Panie mój!”. Ściskam jego dłoń, ściskam i nie puszczam. Wtem straszliwy odór uderza mnie w nos. Czuję, że za chwilę zapadnę w omdlenie. Zrywam się ze snu. Patrzę, a tu w ręku trzymam zgniecioną pluskwę. Tfu! Spluń więc, kochany mój Senderl, trzy razy i zapomnij o swoim śnie. Ale właśnie, co ci się właściwie śniło?

— Tfu! Tfu, tfu! — w swojej naiwności Senderl trzy razy splunął. — Miałem taki sen: idę sobie po ulicy. Tak sobie, bez celu. Idę i idę i już jestem bardzo daleko. Nagle ktoś napada na mnie z tyłu. Łapie mnie i pakuje do worka. Nosi mnie w tym worku i nosi, wreszcie gdzieś zaniósł. Czuję, że ktoś zaczyna rozwiązywać worek. Raptem dostaję po twarzy. Ale jak! Policzek był tęgi. Tak tęgi, że dwa zęby z miejsca mi wyleciały. „To na razie, zadatek — słyszę. — Resztę otrzymasz później”. Jeden rzut oka i wystarczy: przede mną stoi moja żona. Ubrana w spodnie. Rozsadza ją złość. Oczy jej płoną. Z ust płynie piana. „Poczekaj chwileczkę, ty gagatku mój. Zaraz wezmę — powiada ze złośliwym uśmiechem — pogrzebacz i pokażę ci, gdzie raki zimują”. Sięga po pogrzebacz, a ja w tym momencie biorę nogi za pas i zmykam. Uciekam co koń wyskoczy. Pędzę i pędzę, wreszcie dopadam do jakiejś karczmy. W karczmie jest ciemno i zimno. Nie ma żywej duszy. Kładę się w kącie, zamykam oczy i natychmiast zasypiam. Ledwom usnął, a tu zjawia się mój dziadek, oby dusza jego w raju była, reb Senderl. Jest smutny. Oczy ma pełne łez. Powiada do mnie: „Senderl, dziecko moje, nie śpij. Jak ci Bóg miły, nie śpij. Wstań, Senderl, i uciekaj stąd. Uciekaj, gdzie cię tylko oczy poniosą. Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie”.

Chcę wstać, ale nie mogę się ruszyć z miejsca. Jakby mnie przykleiło. Łapię się za głowę i natrafiam na czepek niewieści. A to ci heca! Wcale nie jestem Senderlem. Jestem, za przeproszeniem, kobietą. Ani śladu brody. Noszę coś w rodzaju spódnicy. A brzuch, o rety, mój brzuch, oby Żydzi tego nie zaznali, piekielnie mnie boli. Słyszę, jak ktoś mówi, że nic nie szkodzi. Przy pierwszym porodzie zwykle tak bywa. Ciężko, boleśnie. „Oj człowieku, człowieku — krzyczę jednym tchem. — To jest ponad moje siły. Nie mogę. Zaraz zemdleję!”. „Dać mu pięścią w potylicę. To świetne lekarstwo. To go ocuci” — powiada ktoś i natychmiast wymierza mi parę ciosów. „Masz — powiada — za wczoraj, za dziś i za jutro”. Zrobił swoje i znika. Ja zaś dalej leżę w bólach. Leżę i leżę, aż nagle zrywam się na nogi. Podbiegam do drzwi, a te są zamknięte. Stukam raz, stukam dwa, trzy razy. Nic z tego. Wtem drzwi same się otwierają. Wchodzę, a tu ci łapie mnie jakiś zbój i uprowadza do swojej jaskini, pełnej innych zbójów. Widzę, jak wyciągają nóż rzeźniczy. Chcą mnie zarżnąć. Czuję już ostrze na gardle i zaczynam krzyczeć. „Gwałtu! Rety! Pozwólcie mi przynajmniej odmówić modlitwę przedśmiertną”. Oto, Beniaminie, cały mój sen. Oby tylko na dobre się obrócił.

— Spluń jeszcze trzy razy — powiedział Beniamin. — Wybij go sobie z głowy. Zresztą jest już dzień. Wstań i odmów kilka psalmów.

Senderl westchnął. Szybko zerwał się z łóżka, umył ręce, wdział chałat i wyjął Psałterz w tłumaczeniu na język żydowski. Otworzył go na stronicy z dziesiątym rozdziałem Psalmów. W tym miejscu przerwał uprzednio. Smutnym przyśpiewem zaczął nucić:

Czemu, o Panie, stoisz z daleka,

Ukrywasz się w czasach niedoli?

Jego śpiew stawał się coraz bardziej smutny i coraz bardziej wzruszający przy następnych wersetach:

Czatuje za węgłem zagród,

Skrycie zabija niewinnego,