— Uwa, uwa! — Beniamin rozpoczął osobliwą przemowę. Zdał się całkowicie na łaskę Bożą i gadał ni to po żydowsku, ni to, pożal się Boże, po rosyjsku. Palnął taki wykład, że nawet sam Chajkl Jąkała przegrałby z nim bez wątpienia. Bez przesady.

Generał odwrócił głowę na bok, roześmiał się i machnął ręką. Wtedy włączył się pułkownik.

— Nie ma co, zawiniliście. Trzeba was surowo ukarać.

Wasze błogorodie — rzekł Beniamin. Głos miał podniesiony. — Jakże to? Chwytać ludzi w biały dzień i sprzedawać ich niczym kurczęta na targu wolno, natomiast gdy ludzie ci chcą się bronić, chcą się ratować, to już nie wolno? Wy to nazywacie przestępstwem? Jeśli tak jest, to znaczy, że świat nierządem stoi, że rządzi nim bezprawie. Dalibóg, nie wiem, co wolno, a czego nie wolno. Bardzo was proszę, spytajmy ludzi. Niech się ludzie wypowiedzą. Niech powiedzą, kto jest winien. A co by to było, gdyby na przykład pojmano któregoś z was, panowie, na prostej drodze i załadowano do worka. Czy zasłużyłby na karę, gdyby starał się wyrwać z tego worka? Kategorycznie wam oświadczam, że od początku nasza sprawa pachniała oszustwem. Winni są owi dwaj Żydzi. Jeden Bóg wie, co tam nagadali. Przepisowo i oficjalnie to wam meldujemy. Powiedz i ty, Senderl. Mów ty teraz. Czemu stoisz jak głąb? Zdaj się na Boga i wal prosto z mostu! Tylko bez strachu. Mów razem ze mną. Oświadczam uroczyście, że o taktyce wojennej nie mamy zielonego pojęcia. Nie mamy i mieć nie chcemy. Jesteśmy, dzięki Bogu, ludzie żonaci. Nam co innego w głowie. Kwestiami wojskowymi nie mamy zamiaru się zajmować. Nie wchodzą nam zresztą do głowy. Zatem powstaje pytanie: do czego jesteśmy wam potrzebni? Zdaje się, że sami chętnie byście się nas pozbyli.

W samej rzeczy, Beniamin miał rację. Od dłuższego już czasu chciano się ich pozbyć. Dowództwo jednostki już się na nich poznało. Miało zresztą dość czasu, aby należycie ocenić prezencję i postępowanie poborowych. Poznało już język, którym się posługiwali. Obserwowało ich podczas musztry i na ćwiczeniach. Wiedziano już, z jakimi to istotami przyszło mieć do czynienia. Dowództwo często musiało się na ich widok powstrzymywać od śmiechu. Celem obecnej narady oficerów było zatem uważne przesłuchanie naszych bohaterów.

Zamierzano definitywnie ustalić, o co ten cały ambaras. Beniamin i Senderl mogli swobodnie mówić. Chwała Bogu, spodobali się. Nawet bardzo. Tak dalece, że oficerowie pękali ze śmiechu. Mieli ogromną uciechę.

— Więc jak, doktorze? — zapytał generał oficera, który wdał się w dłuższą rozmowę z naszymi bohaterami. Doktor popukał się w czoło i skinął głową. Sprawa była oczywista. Brak im piątej klepki. Nadchodził finał. Oficerowie naradzali się. Coś tam wreszcie zanotowali. Postanowiono zwolnić naszych bohaterów od dalszego odbywania służby wojskowej.

— Idźcie sobie — usłyszeli na pożegnanie — z Bogiem!

Beniamin pięknie się skłonił. Senderl wyprężył się jak struna i marszowym krokiem ruszył w ślad za Beniaminem.

Przypisy: