Zanim jednak Senderl zdążył wyjawić, o czym opowiadała jego babka, usłyszeli żołnierza, który stał w pobliżu na warcie. Nasi bohaterowie przylgnęli do parkanu i wstrzymali oddech. Trwając w bezruchu, zachowywali absolutną ciszę. Na tle parkanu wyglądali jak dwie kukły. Po chwili nieruchome manekiny zaczęły przejawiać oznaki życia. Powoli zsuwały się z parkanu. Potem na czworakach odpełzli od płotu. Bóg pozwolił im wreszcie ominąć wartownika, który wciąż trwał na swoim posterunku. Wkrótce znaleźli się w wąskim zaułku. Tu powstali z ziemi. Chwila postoju dla nabrania oddechu. Byli z siebie zadowoleni.

— Moja błogosławionej pamięci babcia zwykła była — ciągnął Senderl — opowiadać o tym, jak dziadek, niech mu ziemia lekką będzie, nie przestawał przez całe swoje życie marzyć o podróży do Ziemi Izraela. Tuż przed śmiercią podniósł się z łoża i wyrzekł te oto słowa: „Jeśli ja sam nie zasłużyłem u Boga, aby zobaczyć Ziemię Świętą, to któreś z moich dzieci tam pojedzie. Jestem tego pewien”. Serce mi teraz podpowiada, że mnie miał na myśli. Oby też tak się stało! Oby moje słowa dotarły do uszu Pana Boga.

Słowa Senderla nie dotarły jednak do uszu Pana Boga. Posłyszały je za to inne zgoła uszy. Senderl nie zdążył jeszcze dokończyć swego życzenia, gdy rozległ się czyjś głos:

— Kto tam? — Pytanie postawione było po rosyjsku, z moskiewskim akcentem. Nie uzyskawszy odpowiedzi, pytający podszedł bliżej. Powtórzył pytanie. Na nieszczęście księżyc właśnie wychylił się zza chmury. Jego światło kąpało obficie naszych biednych bohaterów. Twarze blade jak ściana. Nie mogli wydobyć z siebie głosu. W świetle księżyca widać było, jak oficer beszta ich niemiłosiernie. Wymachuje rękami. Posyła im przy okazji wiązanki wojskowych przekleństw. W przekleństwach, rzecz jasna, była mowa głównie o matkach. Długo to nie trwało i nasi bohaterowie znaleźli się w areszcie na wartowni. Nie sposób opisać ich cierpień. Po prostu brak słów. Stwierdzę tylko, że zmizernieli fizycznie i upadli na duchu. Senderl przynajmniej spał trochę. Przez kilka godzin był wolny od zmartwień. Na osłodę miał parę przyjemnych snów. Dziwna rzecz, ale coraz częściej się zdarzało, że nawiedzał go we śnie dziadek. Przekomarzał się z wnukiem. Nie przychodził też nigdy z pustymi rękami. Pewnego razu przyniósł mu łuk, szabelkę i grzechotkę purymową. Szczypał go przy tej okazji w policzek i powiadał: „Przyniosłem ci, urwisie, zabawkę. Baw się. Zrób pif-paf”. Innym razem podarował mu kwadratowego bąka. Bąk zatrzymał się na literze gimel. Senderl wygrał wtedy u dziadka grosik. Dobrze jest człowiekowi. Dobry jest sen. A czyż cały świat, całe życie nie jest jednym długim snem? Beniamin nie mógł zasnąć nawet na chwilę. Był wzburzony. Wszystko w nim się kotłowało. Patrzył na świat spoza krat. Oto słońce świeci pięknym blaskiem. Oto zielenią się i kwitną drzewa. Ptaki fruwają w powietrzu. Przecież to najlepsza pora do wędrowania. A on siedzi pod kluczem. Nie może się ruszyć, cierpi. Nie może usiedzieć w miejscu, wierci się. Raz po raz chwyta się za głowę. Biega po celi i krzyczy nieprzytomnie. Żali się.

— Na Boga, co ja im takiego zrobiłem? Czego chcą ode mnie?

Rozdział czternasty. Koniec z narzeczeństwem — znowu panna

W kilka dni później w kancelarii garnizonu odbyła się narada. Za stołem zasiadło wielu oficerów, wśród nich jeden pułkownik i jeden generał. W drzwiach pojawili się dwaj żołnierze. Czekali z opuszczonymi głowami. Przypominali myszy, które akurat wyciągnięto z garnka kwaśnego mleka. Oficerowie uważnie ich oglądali. Lustrowali z góry na dół. Wymieniali uwagi i uśmiechali się pod wąsem. Jeden z żołnierzy szepnął do drugiego:

— Słuchaj, Senderl, gdybym nawet miał tu trupem paść, to wygarnę im całą prawdę. Nie mogę już więcej.

— Jeśli o mnie chodzi, to możesz wygarnąć. Wal kawę na ławę — odparł jego druh. — Chcesz tak, niech będzie tak. Też mi zmartwienie.

— To wy jesteście tymi gagatkami? To wy chcieliście nocą zdezerterować z koszar? — głos generała brzmiał surowo. — A wiecie przynajmniej, jaka kara was czeka?