— Chcę — odpowiedział Beniamin — abyśmy ruszyli w dalszą drogę. Jak w żydowskim porzekadle: „Koniec z narzeczoną, znowu panna”. Czyli wróćmy do punktu wyjścia. Wydaje mi się, że nikt nie może nam tego zabronić. Zarówno w świetle prawa, jak i w oparciu o podstawowe zasady sprawiedliwości. Co zaś tyczy się twoich obaw, że mimo wszystko może się znaleźć ktoś, kto nas zatrzyma, mam niezawodny sposób, by tego uniknąć. Musimy wymknąć się cichaczem. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Nikomu nic do tego. Nie mam obowiązku urządzać pożegnania.

— Ja też uważam, że pożegnanie jest zbędne. Najlepszy dowód, że przed rokiem opuściliśmy nasze domy i nikogo o tym nie powiadomiliśmy. Nawet żon i dzieci. Nie było ani jednego słowa pożegnania, nawet najprostszego: „Pocałujcie mnie...”.

Po tej rozmowie bohaterowie nasi znów zaczęli myśleć o podjęciu podróży. Zastanawiali się, w jaki sposób uciec. Beniamin zapalił się do tego planu. Nie mógł usiedzieć w miejscu, zżerał go niepokój. Puszył się jak kura na wiosnę, gdy przyjdzie jej wysiadywać jajka. Był tak pogrążony w rozmyślaniach, że nie słyszał i nie widział tego, co się wokół niego działo. Przechodził kiedyś obok niego oficer, a roztargniony Beniamin zapomniał zasalutować. Dostał naturalnie po twarzy i po karku. Nawet się nie skrzywił, jakby nie o niego chodziło. Gdy wyjaśniano mu zasady musztry żołnierskiej, jednym uchem łowił słowa, drugim natychmiast je wypuszczał. Dla niego było to tureckie kazanie. Zaprzątała go jedna myśl: podróż. Duchem bujał już gdzieś daleko.

Pewnej nocy, gdy żołnierze spali już w najlepsze, Beniamin zbliżył się na czubkach palców do Senderla i szeptem zapytał:

— Czy jesteś gotów?

Senderl skinął głową. Ujął przyjaciela za poły i wspólnie, po cichu, wyślizgnęli się z kwatery. Na dworze dął ciepły wietrzyk. Czarne i granatowe chmury wędrowały po niebie. Szeregiem, jedna za drugą, niczym furmani na wozach pełnych towarów, przesuwały się coraz szybciej i szybciej. Spieszyły się chyba, aby zdążyć w porę na wielki jarmark, który widocznie gdzieś w niebie miał się właśnie odbyć. Księżyc jak subiekt sklepowy towarzyszył tej dziwnej karawanie. Od czasu do czasu, na krótką tylko chwilkę, wysuwał swoją łysą czaszkę, po czym znowu się chował. Odpoczywał zanurzony w obłokach. Owinął się chmurami jak prześcieradłem. Czarnym prześcieradłem.

Nasi bohaterowie posuwali się w ciemnościach. Przed nimi nagle wyrósł parkan. Przy nim wznosiła się cała góra drzewa opałowego; wspięli się na nią. Stąd łatwo było przesadzić płot. Wtem Senderl stwierdził, że czegoś mu brakuje.

— Źle z nami — szeptem przemówił do Beniamina — zostawiłem torbę. Czy mam po nią wrócić?

— Broń Boże, za nic w świecie. Jeśli Bóg ma pomóc człowiekowi, to znajdzie radę i na torbę.

— Przypominam sobie — powiedział Senderl — że we śnie ostrzegał mnie mój, oby dusza jego była w raju, dziadek: „Wstań — powiedział do mnie — i uciekaj, gdzie cię tylko oczy poniosą”. Oby jego zasługi wsparły nas teraz u Boga. To był przecież pełną gębą Żyd, nie jakiś tam Żyd w cudzysłowie. Babcia, świeć Panie nad jej duszą, zwykle opowiadała...