Czas mijał i nasz Senderl z wolna przyzwyczajał się do nowej sytuacji. Uważniej przypatrywał się ćwiczeniom z musztry. Starał się naśladować ruchy żołnierzy, choć robił to oczywiście na swój sposób. Prawdziwa to była przyjemność patrzeć i oglądać, jak Senderl powtarza z własnej woli, dla siebie samego, wojskowe postawy. Wyciągał się niczym struna, wysoko zadzierał głowę. Nadymał policzki i maszerował unosząc wysoko nogi. A był to chód iście indyczy. Senderl kręcił się bowiem w kółko, aż wreszcie nogi mu się plątały i padał na ziemię. Inaczej Beniamin. On w żaden sposób nie mógł przyzwyczaić się do nowych warunków. Był z gatunku owych ptaków, które nazywamy wędrownymi. Takiego w jednym miejscu nie utrzymasz. Regularnie na zimę musi odlatywać. Instynkt ten oraz żyłka wędrownicza ukształtowała charakter tych ptaków. Jeśli go wsadzić do klatki, to koniec. Traci ochotę do życia. Nie przyjmuje pokarmu, przestaje pić. Miota się po klatce, drapie o gołe ścianki. Szuka szczeliny, aby się wydostać na wolność. Za wszelką cenę chce się wyrwać. Myśl o kontynuowaniu podróży do dalekich krajów nie opuszczała Beniamina. Drążyła jego mózg jak natrętny robak. Stała się nieodłączną częścią jego osobowości. Dla tej idei przecież porzucił żonę i dzieci. Zamiar ten gnębił go i nie przestawał niepokoić. Słyszał głos: „Ruszaj, Beniaminie, daleka czeka cię droga!”.

Tymczasem minęła zima, a biedny Beniamin przeżywał ciężkie chwile. Pewnego dnia, a było to już po święcie Pesach, gdy Senderl akurat ćwiczył musztrę, Beniamin przystąpił do niego i powiedział:

— Słowo daję, Senderl, że zachowujesz się jak dzieciak. Bawisz się i dokazujesz, jakbyś był małym urwisem. Nie ma w tym sensu. Do czego to prowadzi? Nie zapominaj, że jesteś, dzięki Bogu, człowiekiem żonatym. Nie mówię już o tym, żeś Żyd. Dlaczego więc zajmujesz się takimi głupstwami? Po co sobie tym głowę zawracasz? Co za różnica, czy na komendę: „W tył zwrot”, odwrócisz się lewą czy prawą nogą? Zresztą mniejsza o to. Czy może to w ogóle mieć jakieś znaczenie?

— A ja niby skąd mam wiedzieć? — odparł Senderl. — Jest rozkaz w tył zwrot, to niech będzie w tył zwrot. Też mi zmartwienie.

— A o naszej podróży zapomniałeś? Na miłość boską, co będzie z naszą wyprawą? Co ze smokiem? Co z mułem? Co z potworami? — gorączkował się Beniamin.

— Naprzód marsz! Lewą marsz! — Senderl sam wydawał sobie komendy i wysoko unosił nogi.

— Pusty śmiech ogarnia człowieka, płakać się chce, gdy tak patrzę na ciebie, jak maszerujesz. Wstyd. Przysięgam, że wstyd. Powiedz lepiej, młodziku, ruszamy czy nie?

— Jeśli chodzi o mnie, to z przyjemnością. Grunt, czy oni nam pozwolą?

— Jaki z nas dla nich pożytek? Na co my możemy im się przydać? Proszę cię bardzo, Senderl, odpowiedz! Odpowiedz, jakeś Żyd. Wyobraź sobie taką sytuację: Wróg, nie daj Boże, napada, a my, czyli ja z tobą, mamy mu stawić opór. Możesz to sobie wyobrazić? Załóżmy, że powiesz mu nawet tysiąc razy: „Odejdź, bo jeśli nie, to zrobię pif-paf”. Przypuszczasz, że się przestraszy i posłucha? Nic podobnego. Wyciągnie łapy, aby cię pochwycić. Będziesz miał wyjątkowe szczęście, jeśli ci się uda wyrwać cało z jego rąk. A możesz mi wierzyć, że tak będzie. Jesteśmy tu zupełnie niepotrzebni. Oni także chętnie by się nas pozbyli. Na własne uszy słyszałem, jak ten ich najstarszy kiedyś tak się o nas wyraził: „Skaranie boskie — powiedział — mam z nimi”. Gdyby to tylko od niego zależało, to by już dawno posłał nas do wszystkich diabłów. A mówiąc prawdę, do czego możemy im się przydać? Od samego początku, możesz mi zaufać, Senderl, sprawa nie była całkiem w porządku. Nasz związek z nimi to czysty mezalians. My im nie jesteśmy potrzebni i oni nam nie są potrzebni. Ci Żydzi, którzy nas oddali w ich ręce, musieli niemało o nas napleść. Nie ulega wątpliwości, że przedstawili nas jako Bóg wie jakich zuchów. Że z pewnością znamy się, i to doskonale, na taktyce wojennej. A że owi Żydzi oszukali ich, nie nasza w tym wina. Nas też oszukali. Przybyliśmy przecież do tego miasta z określonym zamiarem. Chcieliśmy zebrać trochę pieniędzy na dalszą wyprawę. O taktyce wojennej mowy nawet nie było. Gotów jestem przysiąc, i to uroczyście, w tałesie. Wzmianki nawet o tym nie było. Takie ordynarne sztuczki to zwykłe świństwo. To już dno. Oni, to znaczy wojskowi, też nie są winni, że nas oszukano. My zaś nie ponosimy winy za to, że oszukano wojskowych. Winni są tylko ci nasi znajomi, ci dwaj Żydzi. Oni oszukali obie strony. Tamtych i nas. Tylko oni są winni i nikt poza nimi. Nikogo innego nie mamy prawa oskarżać.

— Niechaj tam! Ale co chcesz, Beniaminie, abyśmy zrobili?