— Jakże, panie? Teje Żydki owże dali tuteczka za bilety — wykrztusił Senderl. Omal się przy tym nie udławił. Więcej już nie potrafił z siebie wydobyć.

Tu wtrącił się Beniamin.

— Bilet, panie, to znaczy Żydki, nie przymierzając, panie, zapłatili — zdawało mu się, że sprawę wyjaśnił dostatecznie zwięźle.

Człowiek, który zbliżył się do naszych bohaterów, machnął tylko ręką. Wnet zaprowadzono ich do innego pomieszczenia. Pomyśleli wtedy: „Tu dopiero można będzie wziąć parówkę. Wreszcie można będzie po ludzku się wypocić”.

Kiedy w jakiś czas potem wypuszczono ich na ulicę, trudno było poznać naszych bohaterów. Zmienili się nie do poznania. Ogoleni, bez bród, bez pejsów. Oczy mieli wywrócone, jakby ze szkła. Duże krople potu na czole. Na twarzy gradowe chmury. Jakoś skurczyli się, zgarbili. Wstrząsały nimi dreszcze. Wokół zaś tylko żołnierze i żołnierze. Na niebie pojawiły się ciemne obłoki. Nagle oślepiające światło. To błyskawica przeszyła niebo. Jasny blask oblał całą kompanię, a w ślad za błyskawicą uderzył piorun. Ciarki przechodziły po skórze. Rozszalała się burza. Kłęby pyłu unosiły się w powietrzu niczym duchy. Wiatr porywał i unosił śmiecie, słomę, liście oraz strzępy papieru. Odpadki wirowały w niesamowitym tańcu, kręciły się i ulatywały coraz wyżej i wyżej. Krowy opuściły pastwiska. Rycząc uciekały w popłochu. Burza szalała, błyskało i grzmiało. Wyglądało na to, że Pan Bóg skierował swój gniew na grzeszną ziemię. Bóg złapał się za głowę. Błyskał zagniewanymi źrenicami. Grzmiał piorunowym głosem. Na koniec rozległa się potężna detonacja. To grzmot nad grzmoty! Z nieba padały jak potężne łzy krople deszczu. Mieszały się one ze łzami i potem naszych nieszczęsnych bohaterów. Do głowy im nawet nie przyszło, że nie na pustyni, rojącej się od dzikich bestii, smoków oraz innych potworów, czyha na nich największe niebezpieczeństwo, ale właśnie tutaj, w mieście. Ten etap w dziejach ich wędrówki był najcięższy, najbardziej gorzki. Oto jeden Żyd polował na drugiego Żyda.

Czai się w kryjówce jak lew w gęstwinie,

Czai się, aby porwać człowieka bez paszportu.

Żyd starał się pochwycić rodaka i oddać pojmanego jako ofiarę za swoje dzieci lub dzieci innych Żydów. Tak się stało. Nasi biedacy nie zdawali sobie sprawy z tego, że faktycznie już znajdują się na pustyni, pośród dzikich bestii, wśród groźnych stworów. Zaś dwaj mili Żydzi to właśnie owe smoki.

Rozdział trzynasty. Żołnierzykami, niestety, zostali nasi podróżnicy!

Możecie sobie wyobrazić położenie, w jakim znaleźli się nasi nieszczęśni bohaterowie. Zaiste, niegodny pozazdroszczenia los. Tylu okrutnych cierpień doznali! Zresztą postaram się powściągliwie opisać ich tortury. Sami chyba pojmujecie, że z początku byli nieco oszołomieni. Nie zdawali sobie sprawy z tego, co się z nimi dzieje. Obce otoczenie zaskakiwało ich. Koszary, żołnierze, język, którym się wokół posługiwano, no i czynności, które przykazano im wykonywać. Żołnierskie płaszcze wisiały na nich niczym dziadowskie worki. Wcale nie przypominały szyneli, raczej obszerne babskie suknie. Czapki zaś, o zgrozo, sterczały na ich głowach jak czepki na ogolonych głowach żydowskich mężatek. Prawdziwa maskarada, zabawa. Nic innego, tylko dwaj Żydzi przebrali się, stroją sobie żarty i żartują z pozostałych żołnierzy. Przedrzeźniają ich. Zdawało się, że chcą udowodnić, iż wszyscy na placu koszarowym to skończeni idioci. Biada karabinowi, który dostał się w ręce naszych bohaterów. Wówczas przestawał być bronią. Bardziej przypominał pogrzebacz. Na ćwiczeniach śmiesznie wymachiwali rękami i nogami. Z tego powodu nie skąpiono im razów. Nie ma jednak na tym świecie, rzecz to ogólnie znana, takiego nieszczęścia, do którego człowiek by się nie przyzwyczaił. Nie tylko zresztą człowiek. Inne stworzenia też potrafią z czasem przywyknąć. Mówimy na przykład: „Wolny jak ptak”. A czyż złowiony i osadzony w klatce ptak nie przyzwyczaja się z czasem do swego położenia? Stopniowo zaczyna przyjmować pokarm. Nabiera apetytu i dziobie ziarnka wrzucone do klatki. Podfruwa, przeskakuje z miejsca na miejsce. I śpiewa coraz radośniej. Zdaje mu się już, że klatka to cały świat, cała ziemia wraz z jej lasami i polami.