Dlatego też nic dziwnego, że zaproszenie do łaźni zostało przez naszych bohaterów przyjęte z zadowoleniem. Nie ociągając się zbytnio, udali się w towarzystwie niedawno poznanych dwóch Żydów do łaźni. Do tej pory widzieli zwykłą, prostą łaźnię żydowską z małych miasteczek żydowskich. Z reguły mieściła się w obskurnym budynku. Brudna, zakopcona i zaniedbana rudera. Najczęściej usytuowana na peryferiach. Dostać się do niej nie było łatwo. Droga prowadziła przez wąskie, mocno sfatygowane kładki. Gdy nasi znajomi Żydzi zaprowadzili naszych bohaterów pod okazały murowany gmach i oznajmili, że jest to łaźnia, ich zdumienie nie miało granic.
— Żółtodzioby z was jeszcze — powiedzieli im Żydzi. — Wejdźcie, za przeproszeniem, do środka. Tam dopiero zobaczycie!
Za progiem poczekalni błyszczała malowana podłoga. Pokrywały ją barwne chodniki. Przybysze doznali wrażenia, jakby znaleźli się w jakimś zaczarowanym zamku, w pałacu ze wschodniej baśni. Wnet pojawią się księżniczki. Wejdą córki królów, aby ich przywitać. No i zacznie się życie. Hulaj dusza bez kontusza! Zamiast jednak spodziewanej księżniczki zjawił się obwieszony medalami żołnierz i grzecznie, układnie poprosił gości o zdjęcie ubrań.
— Rozbierzcie się, za przeproszeniem, do naga — powiedzieli im sympatyczni Żydzi. — My w tym czasie uregulujemy rachunek za łaźnię.
Nie ma co! Parówka zapowiadała się na sto dwa. Nasi bohaterowie zdjęli z siebie ubrania. Zabrali rzeczy i zgodnie z obyczajem zamierzali wziąć się do dezynsekcji. Ich garderoba nie składała się, jak wiadomo, z tuzina okryć. Mieli po jednej koszuli, którą nosili od kilku tygodni. Nic przeto dziwnego, że coś tam ich gryzło. Bez dezynsekcji nie obejdzie się w żadnym wypadku. Żołnierz jednak zabrał ich odzienia i zaprowadził naszych bohaterów do sąsiedniego pomieszczenia. Był to obszerny pokój, w którym ustawiono sporo ławek. Dookoła dużego stołu siedzieli jacyś elegancko ubrani ludzie. Beniamin i Senderl rozejrzeli się po sali i dokładnie ją zlustrowali. Ogarnęły ich wątpliwości. Gdzie tu miejsce na polewanie wody? Gdzie są rozżarzone kamienie? Co będzie z parówką?
— Czy tu żydowska bania? — zapytał Senderl, gdy tylko poczuł szturchnięcie Beniamina. Towarzysz polecił mu, bez zbytnich rozhoworów, zasięgnąć informacji.
Zza stołu podniósł się jeden z mężczyzn. Podszedł do podróżników i obejrzał ich wnikliwie. Oni zaś stali nadzy, odziani tylko w cielesną powłokę. Niemożebnie chude to były stworzenia. Skóra i kości. Elegancki pan przemówił do nich po rosyjsku z akcentem moskiewskim.
— Co on gada, Senderl? — zapytał Beniamin.
— Żebym to ja wiedział — Senderl tylko wzruszył ramionami. — Też mi mowa. Pożal się Boże, co to za język? Coś tam w kółko powtarza: „Bilet, bilet88”.
— Oj, ty prostaku, co tu jest do rozumienia? To przecież łaźnia. Do takiej łaźni ani rusz bez biletu. Powiedz mu, że nasi przyjaciele zapłacili już za bilety.