— Dzień dobry, Senderl! Czemuś taki smutny, mój kochany? — rzekł Beniamin i wskazując palcem na policzek gospodarza dodał: — Aha, znowu ona! A gdzie się podziewa ta twoja dziewoja?

— Na targu.

— Doskonale! — omal nie krzyknął Beniamin z wielkiej radości. — Zostaw, duszo moja, kartofle. Wejdźmy lepiej do alkierza. A nie ma tam kogo? Nie potrzebuję policjanta do rozmowy z tobą. Chcę otworzyć przed tobą duszę. Już więcej nie mogę, nie mogę już. Wszystko we mnie gra i kipi. Prędzej, kochany, szybciej. Jeszcze może nadejść ona i wszystko zepsuć.

— A mnie tam co! Chcesz prędko, niech będzie prędko. Też mi zmartwienie! — powiedziawszy to, Senderl poszedł do alkierza.

— Senderl — zaczął Beniamin. — Powiedz mi, czy ty wiesz, co jest po drugiej stronie Tuniejadówki?

— Wiem, tam jest karczma, gdzie czasem można dostać szklankę dobrej wódki.

— Głupi jesteś. Mam na myśli to, co jest dalej, znacznie dalej.

— Jeszcze dalej od karczmy? — zdziwił się Senderl. — Nie, tego nie wiem. A ty, Beniaminie, wiesz?

— Czy ja wiem? Też mi pytanie. Tam ci dopiero świat! — Beniamin mówił to ze szczególną pasją, przypominał teraz Kolumba z okresu, gdy odkrywał on Amerykę.

— Cóż więc tam jest?