— Pantelejmon, przecież mi potrzeba — gasnąc poprosił Korotkow — tu, widzisz, drogi Pantelejmonie, wyszedł rozkaz... Puść mnie, drogi Pantelejmonie.
— Ach ty Boże.... — w przerażeniu odwróciwszy się od drzwi, zamruczał Pantelejmon — mówię panu, nie wolno. Nie wolno, towarzyszu!
W gabinecie za drzwiami brzęknął dzwonek telefoniczny i uderzył miedzią ciężki głos:
— Jadę! Natychmiast!
Pantelejmon i Korotkow rozstąpili się; drzwi otworzyły się i przez korytarz przebiegł Kalsoner w czapce i z teczką pod pachą. Pantelejmon podskakując pobiegł za nim, a za Pantelejmonem, po chwilowym wahaniu, pobiegł Korotkow. Na zakręcie korytarza Korotkow, blady i wzburzony, przeskoczył pod rękami Pantelejmona, prześcignął Kalsonera i pobiegł przed nim tyłem.
— Towarzyszu Kalsoner — zamruczał przerywanym głosem — pozwólcie jedną minutkę powiedzieć... Tu ja z powodu rozkazu...
— Towarzyszu! — brzęknął wściekle śpieszący się i zatroskany Kalsoner, odtrącając Korotkowa w biegu — widzicie przecież, że jestem zajęty? Jadę! Jadę!...
— Przecież ja co do rozka...
— Czyż wy nie widzicie, że jestem zajęty? Towarzyszu! Zwróćcie się do referenta.
Kalsoner wybiegł do westybulu, gdzie mieściły się na platformie olbrzymie porzucone organy Róży Alpejskiej.