— Ja przecież jestem referentem! — w przerażeniu, oblewając się potem, pisnął Korotkow — wysłuchajcie mnie, towarzyszu Kalsoner!
— Towarzyszu! — zaryczał jak syrena, niczego nie słuchając, Kalsoner i w biegu, odwróciwszy się do Pantelejmona, krzyknął — przedsięweźcie kroki, ażeby mnie nie zatrzymywali!
— Towarzyszu! — zaskrzypiał przerażony Pantelejmon — czegóż wy zatrzymujecie?
I nie wiedząc, jakie środki należy przedsięwziąć, przedsięwziął następujący — schwytał Korotkowa w środku tułowia i leciutko przytulił do siebie, jak ukochaną kobietę. Środek okazał się rzeczywiście pomocnym — Kalsoner wyślizgnął się, zupełnie jak na wrotkach stoczył się ze schodów i wyskoczył przez drzwi frontowe.
— Pit! Pitt! — zakrzyczał za szybami motocykl, wystrzelił z pięć razy i otuliwszy dymem okna, znikł. Dopiero wtedy Pantelejmon wypuścił Korotkowa, wytarł pot z twarzy i zaryczał:
— Bie-da!
— Pantelejmon... — spytał trzęsącym się głosem Korotkow — gdzie on pojechał? Powiedz prędzej, on innego, czy rozumiesz...
— Zdaje się, do Centrosnabu...
Korotkow jak wicher zbiegł ze schodów, wpadł do szatni, porwał palto i czapkę i wybiegł na ulicę.