„Do Spimatu czy do domowego? — pomyślał — domowy przyjmuje od rana; do Spimatu, znaczy się”.

W tej chwili zegar daleko uderzył czterokrotnie na ryżej wieży i natychmiast ze wszystkich drzwi wybiegli ludzie z teczkami. Zapadł zmierzch i rzadki mokry śnieg począł padać z nieba.

„Późno — pomyślał Korotkow — do domu”.

VI. Pierwsza noc

W dziurce od klucza sterczała biała notatka. Przy zmierzchu Korotkow przeczytał ją.

„Drogi sąsiedzie.

Wyjeżdżam do mamy do Zwienigrodu. Pozostawiam wam w darze wino. Pijcie na zdrowie — nikt go nie chce kupować. Stoi w kącie.

Wasza A. Pajkowa”.

Z krzywym uśmiechem Korotkow zagrzmiał zamkiem, w dwadzieścia kursów przeniósł do siebie do pokoju wszystkie butelki stojące w kącie korytarza, zapalił lampę i, jak był, w czapce i palcie, runął na łóżko. Jak oczarowany prawie że pół godziny patrzał na portret Cromwella, roztapiający się w gęstym mroku, potem zerwał się i nagle dostał jakiegoś ataku o charakterze furii. Zerwawszy czapkę, rzucił ją w kąt, jednym machnięciem zrzucił na podłogę paczki z zapałkami i począł deptać je nogami.

— Ot! ot! ot! — zawył Korotkow i z chrzęstem deptał diabelskie pudełka, w mętnym marzeniu, że dławi głowę Kalsonera.