— Ja nie potrzebuję — odpowiedział ochryple — ukradziono mi dokumenty.

— Tak-s — rozległo się naraz z tyłu.

Korotkow obejrzał się i zobaczył alpagowego staruszka.

— A-ach! — wykrzyknęła brunetka i, zakrywszy twarz rękoma, uciekła przez drzwi.

— Hi — rzekł staruszek — zdrowo. Gdzie nie przyjdziesz, pan, panie Kołobkow. No, i chwat z pana. Lecz co tam, całuj, nie całuj, nie wycałujesz delegacji. Mnie, staruszkowi, dali, ja i pojadę. Ot co.

Z tymi słowy pokazał Korotkowowi suchutką, malutką figę.

— A raport ja na was złożę — złośliwie ciągnął dalej alpagowy — tak. Pozbawiliście dziewictwa trzy w głównym oddziale, teraz, znaczy się, do pododdziałów się dobieracie? Że ich aniołeczki teraz płaczą, to wam wszystko jedno? Rozpaczają one teraz, biedne dziewczynki, lecz cóż, za późno już. Nie wrócisz czci dziewiczej. Nie wrócisz.

Staruszek wyciągnął wielką chustkę do nosa z pomarańczowymi bukietami, rozpłakał się i wytarł nos.

— Z rąk staruszka podniesione okruszyny pragniecie wydrzeć, panie Kołobkow? Cóż... — staruszek zatrząsł się i rozpłakał, upuścił teczkę — bierzcie, zjadajcie. Niechaj bezpartyjny, współczujący starzec z głodu umiera... Niechaj tam. Tam jemu i droga, staremu psu. Lecz tylko pamiętajcie, panie Kołobkow — głos staruszka stał się proroczo groźnym i zadźwięczał jak dzwony — nie pójdą one wam na korzyść, pieniążki te diabelskie. Kołem w gardle one wam staną — i staruszek rozpłynął się w głośnych łkaniach.

Histeria opanowała Korotkowa; nagle i niespodziewanie dla samego siebie, drobniutko zatupał nogami.