— Do diablej matki! — cieniutko zakrzyczał i chory głos jego rozległ się pod stropem — nie jestem Kołobkowem. Odczep się ode mnie! Nie Kołobkow. Nie jadę! Nie jadę!
Zaczął szarpać na sobie kołnierzyk.
Staruszek momentalnie wysechł, zadrżał ze strachu.
— Następny! — zakrakały drzwi. Korotkow umilkł i podbiegł do nich, skręcił na lewo, ominąwszy maszynki, i znalazł się przed rosłym, wytwornym blondynem w granatowym garniturze. Blondyn skinął Korotkowowi głową i rzekł:
— Krócej, towarzyszu. Od razu. Raz dwa, Połtawa czy Irkuck?
— Dokumenty ukradli... ukradli — dziko oglądając się, odpowiedział znękany Korotkow — i kot się ukazał. Nie ma prawa. Nigdy w życiu nie biłem się, to zapałki. Prześladować nie ma prawa. Nie będę patrzeć, że on Kalsoner. Mnie ukradli do...
— No, to głupstwo — odpowiedział granatowy — umundurowanie damy i koszule, i prześcieradła. Jeżeli do Irkucka, to nawet i półkożuszek używany. Krócej.
Muzykalnie szczęknął kluczem w zamku, wysunął szufladę i, zajrzawszy do niej, uprzejmie wyrzekł:
— Pozwólcie, Siergiej Nikołajewicz.
I natychmiast z jesionowej szuflady wyjrzała przyczesana, jasna jak len głowa i niebieskie, biegające oczy. Za nimi wygięła się jak u żmii szyja, zachrzęścił krochmalony kołnierzyk, pokazała się marynarka, ręce, spodnie i po sekundzie wykończony sekretarz, z piskiem „Dzień dobry”, wylazł na czerwone sukno. Wstrząsnął się jak pies po kąpieli, zeskoczył, zasunął głębiej mankiety, wyjął z kieszeni pióro patentowane i w tejżeż chwili pisać zaczął.