Skinął olbrzymią ręką, ściana przed oczami Korotkowa rozpadła się i trzydzieści maszyn na stołach, zatrzeszczawszy dzwoneczkami, zagrało fokstrota. Kołysząc biodrami, lubieżnie poruszając ramionami, wyrzucając kremowymi nogami białą pianę, krokiem tanecznym ruszyło trzydzieści kobiet i poszły wokoło stołów.

Białe wstęgi papieru polazły w paszcze maszyn, zaczęły zwijać się, przecinać, zszywać. Wylazły białe spodnie z fioletowymi lampasami: „Okaziciel niniejszego jest rzeczywiście okazicielem, a nie jakąś tam szantrapą”.

— Kładź je! — zagrzmiał blondyn we mgle.

— I-i-i-i — cieniutko zaskowyczał Korotkow i zaczął walić głową o róg biurka blondyna. Ulżyło to głowie na chwilkę i czyjaś twarz załzawiona mignęła przed Korotkowem.

— Kropli walerianowych! — zawołał ktoś na suficie.

Surdut, jak czarny ptak, zakrył światło, staruszek zaszeptał niespokojnie:

— Teraz jeden ratunek: do Dyrkina w piątym oddziale. Chodu! chodu!

Zapachniało eterem, potem ręce delikatnie wyniosły Korotkowa na na wpół ciemny korytarz. Surdut objął Korotkowa i pociągnął, szepcąc i chichocąc:

— No, ja już im dogodziłem: takiego nasypałem im na stoły, że każdy z nich dostanie nie mniej pięciu lat z porażką na polu walki. Chodu! chodu!

Surdut frunął w bok, pociągnęło wiatrem wilgocią z siatki zapadającej w przepaść.