— O, głuptasek! — zawołała brunetka, znów wyglądając — zgadzaj się; zgadzaj się! — krzyczała suflerskim szeptem. Głowa jej to ukrywała się, to ukazywała się.
— Towarzyszu! — załkał Korotkow, rozmazując łzy po twarzy — Towarzyszu! Błagam cię, daj dokumenty. Bądź przyjacielem. Bądź, proszę cię wszystkimi fibrami duszy, i ja wstąpię do klasztoru.
— Towarzyszu! Bez histerii. Konkretnie i abstrakcyjnie wyłóżcie piśmiennie, terminowo i sekretnie: Połtawa czy Irkuck? Nie zabierajcie czasu człowiekowi zajętemu! Po korytarzach nie chodzić! Nie pluć! Nie palić! Rozmienianiem pieniędzy czasu nie zabierać! — tracąc równowagę zagrzmiał blondyn.
— Podawanie rąk odwołuje się! — zapiał sekretarz.
— Niech żyją uściski! — namiętnie szepnęła brunetka i jak tchnienie przemknęła przez pokój, otulając zapachem konwalii szyję Korotkowa.
— Powiedziano w przykazaniu trzynastym: nie wchodź bez zameldowania do bliźniego twego — wyseplenił alpagowy i przeleciał w powietrzu, wymachując połami surduta — ja i nie wchodzę, nie wchodzę, a papierek mimo to podrzucę, ot tak, chłop!... podpiszesz pierwszy lepszy i na ławę oskarżonych. — Wyrzucił z szerokiego czarnego rękawa paczkę białych arkuszy i one rozleciały się, i usiały stoły, jak czajki skały przybrzeżne.
Zamęt zakręcił się po pokoju i okna chwiać się poczęły.
— Towarzyszu blondynie! — płakał wymęczony Korotkow — zostaw ty mnie na miejscu, lecz wyrób mi jaki bądź dokumencik. W rękę cię pocałuję.
W zamęcie blondyn zaczął puchnąć i wyrastać, nie przestając ani na chwilę wściekle podpisywać arkuszy staruszka i rzucać ich sekretarzowi, który chwytał je z radosnym mruczeniem.
— Niech go diabeł porwie! — zagrzmiał blondyn — niech go diabeł porwie. Maszynistki, hej!