— Do Dyrkina, nie inaczej — wyjąkał grubas — do niego najlepiej. Tylko groźny. Uch, groźny! I nie podchodź. Dwóch już od niego z góry wyleciało. Telefon rozbił obecnie.

— Pięknie — odpowiedział Korotkow i junacko splunął — nam teraz wszystko jedno. Podnoś!

— Nóżki nie rozbijajcie, towarzyszu pełnomocniku — czule rzekł grubas, wsadzając Korotkowa do windy.

Na pierwszej platformie napotkano malutkiego lat szesnastu, który strasznie zakrzyczał:

— Gdzie ty? Stój!

— Nie bij, diadieńka14 — rzekł grubas najeżywszy się i zakrywając głowę rękoma — do samego Dyrkina.

— Przechodź! — krzyknął malutki.

Grubas zaszeptał:

— Wy już idźcie, wasza światłości, a ja tu na was poczekam. Bardzo strasznie...

Korotkow dostał się do ciemnego przedpokoju, a z niego do pustej sali, w której był rozpostarty błękitny, wytarty dywan.