Przed drzwiami z napisem „Dyrkin” Korotkow cokolwiek zawahał się, lecz potem wszedł i znalazł się w przytulnie umeblowanym gabinecie z olbrzymim malinowym biurkiem i zegarem na ścianie. Malutki pulchny Dyrkin zerwał się na sprężynie spoza biurka i, podkręciwszy do góry wąsy, warknął:
— M-milczeć!... — chociaż Korotkow jeszcze zupełnie nic nie powiedział.
W tejże chwili w gabinecie ukazał się blady młodzieniec z teczką. Twarz Dyrkina momentalnie okryła się zmarszczkami uśmiechu.
— A-a! — zawołał słodko — Artur Arturycz. Nasze wam15.
— Słuchaj, Dyrkin — przemówił młodzieniec metalicznym głosem — tyś napisał do Puryszewa, że jakoby ja utworzyłem w kasie emerytalnej swą dyktaturę osobistą i skradłem emerytalne majowe pieniądze? Ty? Odpowiadaj, parszywa swołocz.
— Ja? — zamruczał Dyrkin, czarodziejsko przemieniając się z groźnego Dyrkina w Dyrkina dobrego — ja, Arturze Arturowiczu... Ja, rozumie się... Wy to na próżno...
— Ach, ty szubrawcze, szubrawcze — rozdzielając na sylaby rzekł młodzieniec, pokiwał głową i zamachnąwszy się teczką, trzasnął nią Dyrkina po uchu, zupełnie jakby blin16 wyłożył na talerz.
Korotkow machinalnie jęknął i zamarł.
— To samo będzie i tobie, i każdemu łotrowi, który pozwoli sobie wsadzać nos w moje sprawy — pouczająco rzekł młodzieniec i pogroziwszy na pożegnanie Korotkowowi czerwoną pięścią, wyszedł.
Przez dwie minuty w gabinecie panowało milczenie i tylko wisiorki na kandelabrach dzwoniły skutkiem przejeżdżającego gdzieś w pobliżu samochodu ciężarowego.