— Bandyci!!
Przez olbrzymie drzwi na ulicę Korotkow, wyprzedziwszy cylinder i kandelabr, wyskoczył pierwszy i, łyknąwszy olbrzymią porcję rozpalonego powietrza, wyleciał na ulicę. Biały kogutek zapadł się pod ziemię, pozostawiając zapach siarki, czarny surdut wysunął się z powietrza i pomknął obok Korotkowa z krzykiem cienkim i przeciągłym:
— Artelszczyków18 biją, towarzysze!
Na drodze Korotkowa przechodnie skręcali w bok i wpełzali do bram, wybuchały i gasły krótkie gwizdki. Ktoś wściekle parsknął, wołał i zapalały się niespokojnie ochrypłe krzyki: „trzymaj!”. Z drobnym grzmotem opuszczały się story żelazne i jakiś kulawy, siedząc na linii tramwajowej, piszczał:
— Zaczęło się!
Wystrzały mknęły teraz za Korotkowem częste, wesołe jak pukawki na choince, i kule świstały to z boku, to z góry. Ryczący jak miech kowalski Korotkow mknął do olbrzyma — jedenastopiętrowego gmachu, wychodzącego bokiem na ulicę i fasadą na ciasny zaułek. Na samym rogu — szklany szyld z napisem „Restoran19 i piwo” trzasnął gwiazdą i sędziwy dorożkarz przesiadł się z kozła na jezdnię z mdlejącym wyrazem twarzy i słowami:
— Zdrowo! Cóż wy, bracie, w kogoś trafiło, znaczy się?
Wybiegający z zaułka człowiek usiłował schwycić Korotkowa za połę marynarki i poła pozostała mu w rękach. Korotkow skręcił za róg, przebiegł kilka sążni20 i wbiegł w lustrzaną przestrzeń westybulu. Chłopiec w galonach i złoconych guzikach odskoczył od windy i zapłakał.
— Siadaj, diadia21. Siadaj! — zaryczał — tylko nie bij sieroty!
Korotkow zanurzył się w pudełku windy, usiadł na zielonej kanapce naprzeciwko drugiego Korotkowa i zaczął dyszeć jak ryba na piasku. Chłopiec, łkając, wlazł za nim, zamknął drzwi, ujął za sznur i winda pojechała do góry. I natychmiast w dole, w westybulu, zagrzmiały wystrzały i zakręciły się szklane drzwi.