— No, Wasieńka?
Ten, którego nazywali Wasieńką, odpowiedział powolnym głosem:
— No, cóż tu no. Kalosze Pielenżkowskiego.
Natychmiast skarbiec domowy został pozbawiony podarunku profesora Piersikowa. Kalosze znikły w papierze gazetowym. Nadzwyczaj uradowany anioł we frenchu wstał i zaczął ściskać rękę profesorowi, i nawet wygłosił malutką mówkę, treść której stanowiło zasadniczo co następuje: przynosi to zaszczyt profesorowi... Profesor może być spokojny... więcej nikt go niepokoić nie będzie ani w instytucie, ani w domu... środki będą zarządzone, kamery jego w najzupełniejszym bezpieczeństwie...
— A czy by nie można, ażebyście wy reporterów rozstrzeliwali? — spytał Piersikow, patrząc ponad okularami.
Pytanie to rozweseliło nadzwyczajnie gości. Nie tylko ponury malutki, ale nawet i ten w ciemnych binoklach uśmiechnął się w przedpokoju. Anioł, błyszcząc i promieniejąc, objaśniał, że to niemożliwe.
— A co to za kanalia była u mnie?
Tu wszyscy przestali się uśmiechać i anioł odpowiedział wymijająco, że to tak, jakiekolwiek drobny aferzysta, nie warto zwracać uwagi... mimo to jednak usilnie prosi obywatela profesora o zachowanie w tajemnicy tego, co zaszło dziś wieczór, i goście wyszli.
Piersikow powrócił do gabinetu, do wykresów, lecz zająć się pracą mimo wszystko mu się nie udało. Telefon wyrzucił świecący krążek i kobiecy głos zaproponował profesorowi, że jeżeli życzy sobie ożenić się w wdową interesującą i namiętną, mieszkanie z siedmiu pokoi. Piersikow zawył do słuchawki:
— Radzę pani leczyć się u profesora Rossolimo49... — i otrzymał drugi dzwonek.