— Diabli go wiedzą — bębnił Piersikow; no, wstrętna fizjognotnia. Degenerat.

— A czy nie miał szklannego oka? — spytał malutki ochrypłym głosem.

— A diabeł go wie. Nie, zresztą, nie szklanne, biegające oczy.

— Rubinsztein? — pytająco i cicho zwrócił się anioł do cywilnego malutkiego. Lecz ten pochmurnie i przeczące pokręcił głową.

— Rubinsztein nie da bez kwitu, w żadnym razie — zamruczał ten: to nie rubinszteinowska robota. Tu ktoś znaczniejszy.

Historia o kaloszach wywołała wybuch najżywszego zainteresowania ze strony gości. Anioł powiedział przez telefon do kantoru zarządu domowego tylko kilka słów: „Państwowy urząd polityczny wzywa w tej chwili sekretarza domkomu Kolesowa do mieszkania profesora Piersikowa z kaloszami”, i Kolesow natychmiast, blady, zjawił się w gabinecie, trzymając w ręku kalosze.

— Wasieńka! — nie głośno zawołał anioł na tego, który siedział w przedpokoju. Ten powoli wstał i zupełnie jakby rozkręcony powlókł się do gabinetu. Ciemne szkła zupełnie pochłonęły jego oczy.

— No? — spytał lakonicznie i sennie.

— Kalosze.

Ciemne oczy prześlizgnęły się po kaloszach i przy tym Piersikowowi wydało się, że spod szkieł, na jedno mgnienie, błysnęły wcale nie senne, a przeciwnie, zdumiewająco kłujące oczy. Lecz momentalnie zgasły.