Przy wszystkich tych sprawach profesor i nie zauważył trzech dni, lecz na czwarty wrócono go znów do życia realnego, a powodem tego był cienki i piskliwy głos z ulicy.
— Włodzimierzu Ipatiewiczu! — zawołał głos przez otwarte okno z ulicy Hercena. Głosowi udało się: Piersikow zbyt się przemęczył w ostatnich dniach. W tej chwili akurat odpoczywał, leniwie, osłabiony, patrzał oczyma w cerwonych obwódkach i palił, siedząc w fotelu. Więcej nie mógł. I dlatego nawet z pewną ciekawością wyjrzał przez okno i zobaczył na trotuarze Alfreda Brońskiego. Profesor od razu poznał utytułowanego posiadacza biletu po śpiczastym kapeluszu i block-notesie. Brońskij czule i z szacunkiem pokłonił się oknu.
— Ach, to pan? — spytał profesor. Brakło mu wprost sił rozgniewać się i nawet wydało mu się ciekawym, co takiego będzie dalej. Zakryty oknem, czuł się bezpiecznym przed Alfredem. Niezmienny melonik na ulicy natychmiast zwrócił ucho ku Brońskiemu. Najmilszy uśmiech zakwitł na twarzy tego.
— Parę minutek, drogi profesorze — przemówił Brońskij, natężając głos z trotuaru: — i tylko jedno pytańko i czysto zoologiczne. Pozwoli pan sobie zadać?
— Niech pan zadaje — lakonicznie i ironicznie odpowiedział Piersikow i pomyślał: „jednak w tym szubrawcze jest coś amerykańskiego”.
— Co pan powie co do kur, drogi profesorze? — krzyknął Brońskij, złożywszy dłonie jak tubę.
Piersikow zdumiał się. Usiadł na desce okiennej, potem zlazł, nacisnął guzik i zawołał, wskazując palcem na okno:
— Pankrat, wpuść tego z trotuaru.
Kiedy Brońskij zjawił się w gabinecie, Piersikow na tyle okazał swą uprzejmość, że warknął do niego: niech pan siada!
I Brońskij, uśmiechając się z zachwytem, usiadł na taborecie ze śrubą.