Pod koniec lipca gwałt cokolwiek ucichł. Sprawy przemianowanej komisji weszły na normalne tory i Piersikow powrócił do opuszczonej pracy. Mikroskopy były zawalone nowymi preparatami, w kamerze pod promieniem dojrzewała z bajeczną szybkością rybia i żabia ikra. Z Królewca aeroplanem dostarczono specjalnie zamówione szkła i w ostatnich dniach lipca, pod dozorem Iwanowa, mechanicy zbudowali dwie nowe wielkie kamery, w których promień osiągał przy podstawie szerokość pudełka od papierosów, a w końcu — całego metra. Piersikow radośnie zacierał ręce i począł szykować się do jakichciś tajemniczych i skomplikowanych doświadczeń. Przede wszystkim, przez telefon rozmówił się z komisarzem ludowym oświaty, i słuchawka nakwakała mu najuprzejmiejsze i wszelkiego rodzaju współdziałanie, a potem Piersikow przez telefon zawezwał towarzysza Ptach-Porosiuka, kierownika oddziału hodowli zwierząt przy komisji zwierzchniej. Ze strony Ptachy spotkał Piersikow jak najcieplejszą uwagę. Rzecz szła o wielkie zamówienie zagranicą dla profesora Piersikowa. Ptacha rzekł przez telefon, że natychmiast telegrafuje do Berilina i New Yorku. Potem informowano się z Kremla, jak idzie praca Piersikowa i uprzejmy głos spytał, czy nie potrzebuje Piersikow samochodu?
— Nie, dziękuję panu. Wolę jeździć tramwajem — odpowiedział Piersikow.
— Lecz dlaczego? — spytał tajemniczy głos i uśmiechnął się pobłażliwie.
Z Piersikowem w ogóle wszyscy rozmawiali albo z szacunkiem i strachem, albo też pobłażliwie się uśmiechając, jak z malutkiego, choć i wielkiego dziecka.
— Prędzej idzie — odrzekł Piersikow, po czym dźwięczny basek w telefonie odpowiedział:
— No, jak pan chce.
Minął jeszcze tydzień, przy czym Piersikow, wciąż coraz bardziej oddalając się od ucichających kwestii kurzych, w zupełności oddał się badaniu promienia. Głowa jego skutkiem nocy bezsennych i przemęczenia stała się jasna, jakby przezroczysta, i lekka. Czerwone obwódki nie schodziły teraz z oczu jego, i prawie każdą noc Piersikow nocował w instytucie. Jedyny raz porzucił schronisko zoologiczne, ażeby w olbrzymiej sali Cekubu na Preczysticnce wygłosić referat o swoim promieniu i o działaniu tegoż na komórki jaj. Była to olbrzymia praca zoologa dziwaka. W sali kolumnowej od klaskania rąk coś się sypało i waliło z sufitów i syczące łukowe lampki zalewały potokami światła czarne smokingi66 cekubistów i białe suknie kobiet. Na estradzie, obok katedry, siedziała na szklannym stole, ciężko dysząc i szarzejąc, na półmisku, wilgotna żaba wielkości kota. Na estradę rzucano kartki. W liczbie ich było siedem miłosnych, i Piersikow podarł je. Siłą wyciągał go na estradę przewodniczący Cekubu, ażeby się kłaniał. Piersikow rozdrażniony kłaniał się, ręce miał spocone, mokre i czarny krawat siedział nie pod podbródkiem, a za lewym uchem. Przed nim w oddechach i mgle były setki żółtych twarzy i męskich białych piersi, i naraz żółta kolba pistoletu mignęła i przepadła gdzieś za białą kolumną. Piersikow mętnie zauważył ją i zapomniał. Lecz wyjeżdżając po odczycie, schodząc po malinowym dywanie schodów, naraz poczuł, że jest mu niedobrze. Na moment zasłoniło czarnym jaskrawo płonący żyrandol w westybulu i Piersikowowi zrobiło się słabo, mdło... Poczuł jakby czad, wydało mu się, że płynie mu po szyi lepka i gorąca krew... I drżącą ręką schwytał profesor za poręcz.
— Panu niedobrze, Włodzimierzu Ipatiewiczu? — zarzuciły go naraz pytaniami zaniepokojone głosy.
— Nie, nie — odpowiedział Piersikow, przychodząc do siebie — po prostu przemęczyłem się... tak... Proszę, dajcie mi szklankę wody...
*