Był bardzo słoneczny dzień sierpniowy. Przeszkadzał profesorowi, dlatego też story były zapuszczone. Jeden giętki na nóżce reflektor rzucał pęk ostrego światła na szklanny stół, zawalony instrumentami i szkłami. Opuściwszy się na oparcie fotela na śrubie, Piersikow w znużeniu palił i przez smugi dymu patrzał martwymi ze zmęczenia, lecz zadowolonymi oczyma w uchylone drzwi kamery, gdzie, ledwie — ledwie ogrzewając i bez tego duszne i nieczyste powietrze w gabinecie, cicho leżał czerwony snop promienia.
Zastukano do drzwi.
— No? — spytał Piersikow.
Drzwi miękko zaskrzypiały i wszedł Pankrat. Wyprostował się na baczność i, blednąc ze strachu przed bóstwem, rzekł tak:
— Tam do pana, panie profesorze, Rokk przyszedł.
Coś na kształt uśmiechu ukazało się na twarzy uczonego. Przymrużył oczki i spytał:
— To ciekawe. Tylko że jestem zajęty.
— Oni mówią, że z urzędowym papierem z Kremla.
— Rokk67 z papierem? Rzadkie połączenie — wyrzekł Piersikow i dodał: No więc dawaj go tutaj!
— Słucham — odpowiedział Pankrat i jak wąż znikł za drzwiami.