Pankrat przestraszył się. Wydało mu się, że oczy profesora w mroku były zapłakane. Było to tak niezwykłe, tak straszne.

— Tak jest — płaczliwie odpowiedział Pankrat i pomyślał: „Lepiej byś ty już nawrzeszczał na mnie!”

— Ot — powtórzył Piersikow i usta jego drgnęły, zupełnie jak dziecku, któremu zabrano bez żadnego powodu ulubioną zabawkę.

— Ty wiesz, Pankrat — ciągnął dalej Piersikow, odwracając się do okna — żona moja, która wyjechała przed piętnastu laty, do operetki wstąpiła, a teraz, jak się okazuje, umarła... Oto historia, drogi Pankrat... List mi przysłali...

Żaby krzyczały żałośliwie i zmierzch otulał profesora, oto ona... noc... Moskwa... gdzieś jakieś białe kule za oknami zapłonęły... Pankrat, straciwszy głowę, smucił się, stał ze strachu na baczność!...

— Idź, Pankrat — ciężko wyrzekł profesor i skinął ręką — kładź się spać, drogi, gołąbku, Pankrat.

I zapadła noc. Pankrat wybiegł z gabinetu dlaczegoś na palcach, przybiegł do swojej komórki, rozrzucił gałgany w kącie, wyciągnął spod nich napoczętą butelkę ruskiej gorzkiej i od razu wychylił prawie pełną szklankę od herbaty. Zakąsił chlebem z solą, i oczy jego cokolwiek poweselały.

Późnym wieczorem, już prawie pod północ, Pankrat, siedząc na ławce w skąpo oświetlonym westybulu, mówił do nieśpiącego melonika, drapiąc się w pierś pod perkalową koszulą.

— Lepiej by zabił, jak Bo...

— Czyżbyż płakał? — z ciekawością dopytywał się melonik.