— Wie pan co — mówił Piersikow: pan nie jest zoologiem? nie?... szkoda... z pana byłby bardzo śmiały eksperymentator... Tak... tylko pan ryzykuje... zyskać niepowodzenie... i tylko mnie zabiera pan czas...
— My panu zwrócimy kamerę. Co znaczy?
— Kiedy?...
— A ot, kiedy wywiodę pierwszą partię.
— Z jaką pewnością pan to mówi! Dobrze. Pankrat!...
— Mam z sobą ludzi — rzekł Rokk — i ochronę...
Do wieczora gabinet Piersikowa osierociał... Opustoszały stoły. Ludzie Rokka wywieźli trzy wielkie kamery, pozostawiając profesorowi tylko pierwszą, malutką, z którą rozpoczynał doświadczenia.
Nadchodził zmierzch lipcowy, szarzyzna ogarnęła instytut, popłynęła przez korytarze. W gabinecie słychać było monotonne kroki — to Piersikow, nie zapalając światła, mierzył wielki pokój od okna do drzwi... Dziwna rzecz: tego wieczoru trudno do objaśnienia tęskny nastrój ogarnął ludzi, zamieszkujących instytut i zwierzęta. Żaby nie wiadomo dlaczego wszczęły tęskny koncert i rechotały złowieszczo i ostrzegająco. Pankrat musiał łapać węża, który uciekł ze swojej klatki, i kiedy go złapał, mina węża była taka zupełnie, jakby ten zamierzał uciekać gdzie oczy poniosą, byle tylko uciec.
O późnym zmierzchu zadźwięczał dzwonek z gabinetu Piersikowa. Pankrat ukazał się na progu. I zobaczył dziwny obraz. Uczony stał samotnie pośrodku gabinetu i patrzał na stoły. Pankrat zakasłał i stał nieruchomo.
— Oto, Pankrat — rzekł Piersikow i wskazał na opustoszały stół.