— Pr-r-r... i sypał się pył.
Jajka okazały się zapakowanymi znakomicie: pod pokrywą drewnianą była warstwa parafinowego papieru, potem bibuły, potem następowała ścisła warstwa wiórków, potem trociny i w nich błyszczały białe główki jajek.
— Zagraniczne opakowanie — miłośnie mówił Aleksander Siemienowicz, ryjąc się w trocinach: to nie tak, jak u nas. — Mania, ostrożnie, ty je potłuczesz...
— Tyś, Aleksandrze Siemienowiczu, zgłupiał — odpowiedziała żona: jakie złoto, pomyślisz. Cóż to, ja nigdy jajek nie widziałam?... Oj!... jakie wielkie!
— Zagranica — mówił Aleksander Siemienowicz, wykładając jajka na stół drewniany: czyż to nasze chłopskie jajka... Wszystkie prawdopodobnie bramaputry73, niech diabli je wezmą! niemieckie!...
— Wiadoma rzecz — potwierdzał wartownik, z zachwytem patrząc na jajka.
— Tylko nie rozumiem, dlaczego są brudne — mówił w zamyśleniu Aleksander Siemienowicz: Mania, ty dopilnuj. Niechaj dalej wyładowują, a ja idę do telefonu.
I Aleksander Siemienowicz udał się do telefonu do kantoru sowchozu przez podwórze.
Wieczorem w gabinecie instytutu zoologicznego zatrzeszczał telefon. Profesor Piersikow nastroszył włosy i podszedł do aparatu.
— No? — spytał.