— Wy pojedziecie z nami — rzekł Szczukin, zwracając się do Aleksandra Siemienowicza — pokażecie nam, gdzie i co. — Lecz Rokk w przerażeniu odsunął się od niego i zakrył się rękoma, jak przed straszliwym widziadłem.
— Trzeba pokazać — dodał surowo Polajtis.
— Nie, zostaw go. Widzisz przecież, człowiek nie jest przy zdrowych zmysłach.
— Wyślijcie mnie do Moskwy — poprosił z płaczem Aleksander Siemienowicz.
— Czyż wy zupełnie nie wrócicie do sowchozu?
Lecz Rokk zamiast odpowiedzi zasłonił się znów rękoma i przerażenie popłynęło z jego oczu.
— No, dobrze — zdecydował Szczukin: wy rzeczywiście nie macie sił... Widzę to. Zaraz pójdzie kurierski pociąg, to jedźcie nim.
Potem Szczukin z Polajtisem, podczas gdy stróż stacyjny poił Aleksandra Siemienowicza wodą i ten szczękał zębami o niebieski wyszczerbiony kubek, odbyli naradę. Polajtis przypuszczał, że w ogóle nic z tego nie było, a po prostu Rokk jest umysłowo chory i miał straszliwe halucynacje. Szczukin zaś więcej skłaniał się ku wnioskowi, że z m. Graczewki, w którym obecnie gościł cyrk wędrowny, uciekł boa constrictor92 . Posłyszawszy ich pełen powątpiewania szept, Rokk wstał. Przyszedł cokolwiek do siebie i rzekł, wyciągając ręce, jak prorok biblijny:
— Słuchajcie mnie. Słuchajcie. Czemuż wy mi nie wierzycie? Ona była. Gdzież jest moja żona?
Szczukin stał się milczącym i poważnym i natychmiast nadał do Graczewki jakąś depeszę. Trzeci agent, na skutek polecenia Szczukina, nieodstępnie znajdował się przy Aleksandrze Siemienowiczu i winien był towarzyszyć mu do Moskwy. Szczukin zaś z Polajtisem poczęli szykować się do wyprawy. Mieli wszystkiego tylko jeden rewolwer elektryczny, lecz i to już była dobra obrona. Pięćdziesięciostrzałowy model 27. roku, duma francuskiej techniki dla bliskiego obstrzału, bił wszystkiego na sto kroków, lecz dawał pole o 2 metrach w średnicy i w tym polu zabijał wszystko, co żyło, na miejscu. Chybić było bardzo trudno. Szczukin nadział wspaniałą elektryczną zabawkę, a Polajtis zwykły 25-strzałowy ręczny kulomiocik, wzięli zapasowe wstęgi z nabojami i na jednym motocyklu, po porannej rosie i chłodku, pomknęli szosą do sowchozu. Motocykl przebiegł 20 wiorst, dzielących stację od sowchozu w kwadrans (Rokk szedł całą noc, coraz kryjąc się, w atakach strachu, w przydrożnej trawie), i kiedy słońce zaczęło porządnie przypiekać, na pagórku, pod którym wiła się rzeczka Top’, wyjrzał cukrowy pałac z kolumnami w zieleni. Martwa cisza panowała wokoło. Przy samym dojeździe do sowchozu agenci minęli włościanina na podwodzie. Wlókł się, nie spiesząc, obładowany jakimiś workami, i wkrótce pozostał w tyle. Motocykl przebiegł przez most i Polajtis zaryczał na trąbce, ażeby wywołać kogokolwiek. Lecz nikt i nigdzie nie odezwał się, z wyjątkiem odległych rozwścieczonych psów w Koncowce. Motocykl, zwalniając biegu, zbliżył się do bramy z pozieleniałymi lwami. Zakurzeni agenci w żółtych getrach zeskoczyli, przywiązali łańcuszkiem z kłódką do sztachet maszynę i weszli na podwórze. Zdumiała ich cisza.