— Hej, jest tu kto! — zawołał głośno Szczukin.

Lecz nikt się nie odezwał na jego bas. Agenci obeszli podwórze wokoło, dziwiąc się coraz bardziej. Polajtis nachmurzył się. Szczukin zaczął patrzeć poważnie, coraz bardziej marszcząc jasne brwi. Zajrzeli przez zamknięte okno do kuchni i zobaczyli, że tam nikogo nie ma, lecz cała podłoga usiana była białymi szczątkami naczyń.

— Wiesz ty, że rzeczywiście u nich coś się stało. Teraz widzę. Katastrofa — mówił Polajtis.

— Hej, jest tam kto! Hej! — krzyknął Szczukin, lecz odpowiadało mu tylko echo pod stropem kuchni.

— Diabli ich wiedzą! — mruczał Szczukin: Przecież nie mogła ich pożreć wszystkich od razu. Albo uciekli. Idziemy do domu.

Drzwi do pałacu z werandą kolumnową otwarte były na roścież i panowały w nim zupełne pustki. Agenci przeszli nawet na strych, stukali i otwierali wszystkie drzwi, lecz nic stanowczego nie dowiedzieli się i przez zamarły ganek znów wyszli na podwórze.

— Obejdziemy wokoło. Do oranżerii — wydał polecenie Szczukin — wszystko przeszukamy, potem można będzie stąd zatelefonować.

Wyłożoną cegłami drogą agenci poszli, omijając klomby, na tylne podwórze, przecięli je i zobaczyli błyszczące szkła oranżerii.

— Poczekaj-no — zauważył szeptem Szczukin i odpiął od pasa rewolwer. Polajtis stał się czujnym i zdjął kulomiocik. Dziwny i bardzo syczący dźwięk rozlegał się w oranżerii i gdzieś za nią. Podobne to było do tego, że gdzieś syczy parowóz. Zaw-zaw-zaw-zaw... s-s-s-s... syczała oranżeria.

— A, no więc ostrożnie — szepnął Szczukin i, starając się nie stukać obcasami, agenci przysunęli się do samych szyb i zajrzeli do oranżerii.