Natychmiast Polajtis cofnął się w tył i twarz jego zbladła. Szczukin otworzył usta i zamarł z rewolwerem w ręku..
Cała oranżeria żyła jak robaczywa kasza. Wijąc się i zwijając w kłęby, sycząc i rozkręcając, macając i kołysząc głowami, po podłodze oranżerii pełzały olbrzymie żmije. Rozbite skorupki przewalały się po podłodze i chrzęściły pod ich ciałami. W górze blado płonęła olbrzymiej mocy kula elektryczna i od niej całe wnętrze oranżerii oświetlone było straszliwym kinematograficznym światłem. Na podłodze sterczały trzy ciemne, zupełnie jakby fotograficzne olbrzymie skrzynki, dwie z nich, zsunięte i przekrzywione, zgasły, a w trzecim płonęła niewielka ciemnomalinowa plama światła. Żmije wszelkich rozmiarów pełzały po przewodnikach, podnosiły się po ramach okiennych, wyłaziły przez otwory w dachu. Na samej kuli elektrycznej wisiała zupełnie czarna, plamista żmija długości kilku arszynów i głowa jej chwiała się przy kuli jak wahadło. Jakieś grzechotki brzęczały w syczeniu, z oranżerii rozchodził się jakiś dziwny, zupełnie jakby ze stawu, zapach. I jeszcze niewyraźnie dojrzeli agenci stosy białych jaj, przewracających się w zakurzonych kątach, i dziwnego olbrzymiego ptaka, leżącego nieruchomo przy kamerze, i trupa człowieka w szarym przy drzwiach, obok karabinu.
— W tył — krzyknął Szczukin i zaczął cofać się, lewą ręką odsuwając Polajtisa i prawą podnosząc rewolwer. Zdążył wystrzelić dziewięć razy i wyrzucić około oranżerii zielonkawą błyskawicę. Dźwięk strasznie się spotęgował i w odpowiedzi na strzelaninę Szczukina cała oranżeria wpadła w szalony ruch, i płaskie głowy zamigały we wszystkich otworach. Grom natychmiast zaczął skakać po całym sowchozie i grać odbłyskami po ścianach. Czach-czach-tach — strzelał Polajtis, cofając się tyłem. Dziwny, czterołapy szelest dał się słyszeć za plecami i Polajtis nagle straszliwie krzyknął, padając na wznak. Stworzenie, na wykręconych łapach, brązowo-zielonej barwy, z olbrzymią ostrą mordą, z grzebieniastym ogonem, podobne do straszliwych rozmiarów jaszczurki, wytoczyło się z za rogu szopy i z wściekłością przegryzłszy nogę Polajtisowi, powaliło go na ziemię.
— Na pomoc! — krzyknął Polajtis, i natychmiast lewa ręka jego wpadła do paszczy i trzasnęła, prawą ręką, na próżno próbując podnieść ją, pociągnął rewolwerem po ziemi. Szczukin odwrócił się i rzucił się na pomoc. Zdążył raz wystrzelić, lecz silnie wziął w bok, dlatego że obawiał się zabić kolegę. Po raz drugi wystrzelił w stronę oranżerii, dlatego że stamtąd wśród niewielkich paszczy żmij wysunęła się jedna olbrzymia, oliwkowa, i cielsko wyskoczyło wprost w jego kierunku. Wystrzałem tym zabił olbrzymią żmiję i znów, skacząc i kręcąc się obok Polajtisa, na wpół martwego już w paszczy krokodyla, wybierał miejsce, gdzie by wystrzelić, ażeby zabić gada, nie tknąwszy agenta. W końcu udało mu się to. Z elektrorewolweru trzasnęło dwa razy, oświetliwszy wszystko wokoło zielonkawym światłem, i krokodyl, podskoczywszy, wyciągnął się, zesztywniał, i wypuścił Polajtisa. Płynęła temuż krew z rękawa, ciekła z ust, i opierając się na prawej ręce, ciągnął złamaną lewą nogę. Oczy jego gasły.
— Szczukin... uciekaj — wyjęczał z łkaniem.
Szczukin wystrzelił kilkakrotnie w kierunku oranżerii i z niej wypadło kilka szyb. Lecz olbrzymia sprężyna, oliwkowa i giętka, wyskoczyła z tyłu z okienka piwnicznego, prześlizgnęła się przez podwórze, zająwszy je całe swym pięciosążniowym ciałem, i błyskawicznie otoczyła nogi Szczukina. Rzuciło go w dół na ziemię i błyszczący rewolwer odleciał w bok. Szczukin krzyknął głośno, potem zaczął dusić się, potem pierścienie spowiły go zupełnie, oprócz głowy. Pierścień przesunął się raz po głowie jego, zdzierając z niej skalp, i głowa ta trzasnęła. Więcej w sowchozie nie było słychać ani jednego wystrzału. Wszystko stłumił syczący, zagłuszający wszystko dźwięk. I w odpowiedzi mu bardzo daleko po wietrze dobiegało z Koncowki wycie, lecz teraz już trudno było rozróżnić, czyje to wycie, psie czy ludzkie.
Rozdział X. Katastrofa
W nocnej redakcji gazety „Izwiestia” jasno płonęły lampy i tęgi redaktor, łamiący numer, na obitym blachą stole łamał drugą kolumnę z depeszami „Po związku Republik”. Jedna szpalta wpadła mu w oczy, wpatrzył się w nią przez binokle i roześmiał się, zwołał wokoło siebie korektorów z korektami i metrampaża93 i wszystkim pokazał tą szpaltę. Na wąskim pasku papieru wilgotnego było wydrukowane:
„Graczewka, smoleńskiej guberni. W powiecie ukazała się kura wielkości konia i wierzga jak koń. Zamiast ogona posiada burżuazyjne damskie pióra”.
Zecerzy śmieli się strasznie.