— Za moich czasów — przemówił łamiący numer, śmiejąc się soczyście — kiedy pracowałem u Wani Sytina w „Ruskim Słowie”, ludzie upijali się do słoni. To prawda. A teraz, znaczy się, do strusi.

Zecerzy śmieli się.

— A przecież, prawda, struś — rzekł metrampaż — cóż, wstawić, Iwanie Bonifatiewiczu.

— A cóżeś ty, zgłupiałeś — odpowiedział łamiący numer — dziwię się, jak to sekretarz przepuścił — po prostu pijana depesza.

— Świętowali tam widać, to pewne — zgodzili się zecerzy i metrampaż sprzątnął ze stołu wiadomość o strusiu.

Dlatego też „Izwiestia” wyszły następnego dnia, zawierając, jak zwykle, masę ciekawego materiału, lecz bez żadnych szczególnych napomknień o graczewskim strusiu. Prywat-docent Iwanow, akuratnie czytający „Izwiestia”, zwinął w swoim gabinecie arkusz, ziewnął, rzekł: nic nie ma ciekawego — i zaczął wkładać biały fartuch. Po pewnym czasie zapłonęła w jego gabinecie lampka i zaczęły kwakać żaby. W gabinecie zaś Piersikowa panował rejwach. Przestraszony Pankrat stał wyprostowany na baczność.

— Zrozumiałem... słucham — mówił.

Piersikow doręczył mu zapieczętowaną lakiem kopertę i rzekł:

— Pojedziesz prosto do oddziału hodowli zwierząt do tego zarządzającego Ptachy i powiesz mu wprost, że jest — świnią. Powiedz, że tak, ja, profesor Piersikow, powiedziałem. I kopertę mu oddaj.

„Ładna sprawa”... — pomyślał blady Pankrat i wyszedł z kopertą.