Piersikow zsunął okulary na czoło, potem przesunął je na oczy, wpatrywał się w rysunek.

— Co za diabeł. To... przecież to anakonda, boa wodny...

Iwanow zrzucił kapelusz, opadł na krzesło i rzekł, wystukując każde słowo pięścią po stole:

— Włodzimierzu Ipatiewiczu, to anakonda ze smoleńskiej guberni. Coś potwornego. Pan rozumie, ten łotr wywiódł żmije zamiast kur i, pan rozumie, dały one takie same fenomenalne wyniki, jak żaby!

— Co takiego? — odpowiedział Piersikow i twarz jego stała się szarą: Pan żartuje, Piotrze Stiepanowiczu... Skąd?...

Iwanow oniemiał na chwilę, potem odzyskał dar mowy i uderzając palcem w otwartą skrzynkę, gdzie błyszczały bielutkie główki w żółtych trocinach, rzekł:

— Oto stąd.

— Co-o?! — zawył Piersikow, zaczynając kombinować.

Iwanow z zupełnym przekonaniem machnął dwoma zaciśniętymi pięściami i zakrzyczał:

— Niech pan będzie spokojny. Oni pańskie zamówienie na jaja żmij i strusie przesłali do sowchozu, a kurze panu przez omyłkę.