— Boże mój... Boże mój.... — powtórzył Piersikow i, zieleniejąc na twarzy, zaczął siadać na śrubowym taborecie.
Pankrat w zupełności zgłupiał przy drzwiach, zbladł i oniemiał. Iwanow zerwał się, schwytał arkusz i, podkreślając ostrym paznokciem wiersz, zakrzyczał do uszu profesora:
— No, teraz oni będą mieć wesołą historię!.. Co teraz będzie, stanowczo nie wyobrażam sobie. Włodzimierzu Ipatiewiczu, niech pan spojrzy — I zawołał głośno, odczytując pierwsze napotkane miejsce ze zmiętego arkusza: — Żmije idą stadami, w kierunku Możajska... składają nieprawdopodobne ilości jajek... Jajka zostały zauważone w Duchowskim powiecie... Ukazały się krokodyle i strusie. Oddziały specjalnego przeznaczenia... i oddziały zarządu państwowego przerwały panikę w Wiaźmie po tym, gdy zapalono las podmiejski, powstrzymując w ten sposób posuwanie się gadów...
Piersikow różnobarwny, sinoblady, z obłąkanymi oczyma, wstał z taboretu i dławiąc się zaczął krzyczeć:
— Anakonda... anakonda... wodny boa! Boże mój!... — w takim stanie nigdy go jeszcze nie widzieli ani Iwanow, ani Pankrat.
Profesor zerwał jednym szarpnięciem krawat, oberwał guziki przy koszuli, zaczerwienił się straszliwym paralitycznym kolorem i, chwiejąc się, z zupełnie tępymi szklanymi oczyma, rzucił się gdzieś precz. Płacz rozległ się pod kamiennymi stropami instytutu.
— Anakonda... anakonda... — zagrzmiało echo.
— Chwytaj profesora! — pisnął Iwanow do Pankrata, tańcującego z przerażenia na miejscu: Wody mu... dostał ataku...
Rozdział XI. Bój i śmierć
Płonąca wściekła noc elektryczna w Moskwie. Płonęły wszystkie lampy i w mieszkaniach nie było miejsca, gdzie by nie jaśniały lampy ze zrzuconymi abażurami. Ani w jednej dzielnicy Moskwy, liczącej 4 miliony mieszkańców, nie spał ani jeden człowiek oprócz niezdających sobie sprawy dzieci. W mieszkaniach jedli i pili, jak się dało, w mieszkaniach coś wykrzykiwali i co chwila wykrzywione twarze wyglądały przez okna na wszystkich piętrach, kierując wzrok ku niebu, przerżniętemu we wszystkich kierunkach przez reflektory. Na niebie co chwila wybuchały białe ognie, odrzucały topniejące blade stożki na Moskwę i nikły i gasły. Niebo bez przerwy huczało bardzo niskim warczeniem aeroplanów. Szczególnie strasznie było na Twerskiej — Jamskiej. Na dworzec Aleksandrowski co 10 minut przychodziły pociągi, złożone jak się dało z towarowych i różnej klasy wagonów i nawet cystern, oblepionych oszalałymi ludźmi, i Twersko — Jamską biegli gęstą kaszą, jechali autobusami, jechali na dachach tramwajów, dławili jedni drugich i wpadali pod koła. Na dworcu co chwila wybuchała trzaskająca niepokojąca strzelanina ponad tłumem — to oddziały wojskowe zatrzymywały panikę obłąkanych, biegnących przez zwrotnice linii kolejowych z guberni smoleńskiej na Moskwę. Na dworcu co chwila z wściekłym lekkim pojękiwaniem wypadały szyby w oknach i wyły wszystkie parowozy. Wszystkie ulice były usiane plakatami, porzuconymi i zdeptanymi, też same plakaty pod palącymi malinowymi reflektorami patrzały ze ścian. Wszystkim były znane i nikt ich nie czytał. Ogłaszano przez nie Moskwę w stanie wojennym. Grożono w nich karami za panikę i zawiadamiano, że do smoleńskiej guberni oddział za oddziałem jadą pułki czerwonej armii, uzbrojone w gazy. Lecz plakaty nie mogły powstrzymać wyjącej nocy. W mieszkaniach upuszczano i bito naczynia i wazony od kwiatów, biegano, zaczepiając o kąty, związywano i rozwiązywano jakieś tłomoki i walizy, w próżnej nadziei przedostania się na plac Kałanczewski, na dworzec Jarosławski lub Mikołajewski. Niestety, wszystkie dworce, prowadzące na północ i wschód, otoczone były gęstymi szeregami piechoty, i olbrzymie samochody ciężarowe, kołysząc się, brzęcząc łańcuchami, do góry naładowane skrzyniami, na których siedzieli żołnierze w szpiczastych hełmach, ze sterczącymi ze wszystkich stron bagnetami, wywoziły zapasy złotych monet z podziemi komisariatu ludowego finansów i olbrzymie skrzynie z napisem: „Ostrożnie. Tretiakowska galeria”. Maszyny ryczały i biegały po całej Moskwie.