Bardzo daleko na niebie drżał odblask pożaru i dawało się słyszeć, kołysząc głęboki mrok sierpnia, nieustanne bicie armat.

Nad ranem, przez bezsenną Moskwę, która nie zgasiła ani jednego ognia, w górę ul. Twerskiej, zmiatając wszystko, po drodze, co cisnęło się do bram domów i witryn, wybijając szyby, przeszedł wielotysięczny, walący kopytami po bruku, wąż armii konnej. Malinowe baszłyki94 kołysały się końcami na szarych plecach i koniuszki pik kłuły niebo. Tłum, miotający się i wyjący, jakby ożył od razu, zobaczywszy prące naprzód, przecinające rozpłaszczony war szału, szeregi. W tłumie na trotuarach zaczęto witać ich z nadzieją, wyć.

— Niech żyje konna armia! — krzyczały pełne zachwytu glosy kobiet.

— Niech żyje! — odpowiadali mężczyźni.

— Zdławią!!... zdławią!... — wyli gdzieś.

— Pomóżcie! — krzyczeli z chodników.

Pudełka papierosów, pieniądze srebrne, zegarki leciały z chodników w szeregi, jakieś kobiety wyskakiwały na jezdnię i ryzykując kości, ciągnęły z boków szeregów konnych, czepiając się strzemion i całując je. W nieustannym waleniu kopyt o bruk od czasu do czasu rozlegały się głosy plutonowych:

— Krócej lejce!

Gdzieś znów śpiewali wesoło i zamaszyście i z koni patrzeli w migotliwym świetle reklam twarze w czapkach malinowych na bakier. Co chwila przerywając szeregi konnych z odkrytymi twarzami, jechały na koniach dziwne figury, w dziwnych maskach, z prowadzącymi za plecy rurkami i z balonami na rzemieniach na plecach. Za nimi pełzły olbrzymie cysterny — samochody, z długimi rurami i wężami, zupełnie jak na wozach straży ogniowej, i ciężkie, rozbijające bruk, na moc zamknięte i świecące wąskimi strzelnicami, tanki95 na łapach gąsienicowych. Przerywały się szeregi konnych i szły samochody, zakute na moc w szare pancerze, z takimiż rurkami, sterczącymi na zewnątrz, i białymi wymalowanymi trupimi głowami po bokach, z napisem: „gaz”, „Dobrochim”.

— Ratujcie bracia — wyli z trotuarów — bijcie gady... Ratujcie Moskwę!...