Cóż to na przykład za uciecha była, gdy Tomaszowa z okoliczności jego wyzdrowienia ugotowała herbaty z rumem i napiekła grzanek! Herbata była mętna, miała smak ziółek i Hulatyński musiał się zmuszać, aby parę łyków przełknąć, a grzanek wcale nie tknął, tymczasem reszta delektowała się tym, jakby największymi specjałami, i w całym domu była z powodu tej fety taka uciecha, że zdawało się ściany, sprzęty, szklanki ożywiły się tą ogólną wesołością i uśmiechały się razem z ludźmi.

Rozochocony Tomasz, rozmarzony arakiem, zaczął przyśpiewywać i wziąwszy małą Marynię za rękę, nuż obracać się z nią wokoło. Chciał poczciwiec tym rozweselić swego pana, który siedział jakiś smutny i zamyślony.

Był zamyślony rzeczywiście. Myślał nad rozwiązaniem zagadki: co tym ludziom daje taki humor, takie zadowolenie? Nie umiał sobie na to odpowiedzieć, nigdy nie pracował, więc nie wiedział, że w pracy w wypełnianiu obowiązków tkwił ów talizman szczęścia, zadowolenia i wesołości. Przypatrywał się temu ze wzrastającym podziwem i przypomniał sobie, ile to on nieraz pieniędzy wydawał, aby się zabawić — ile nałamał sobie głowy nad wymyślaniem nowych rozrywek i mimo to często nudził się śmiertelnie. A ci ludzie przy skromnej wieczerzy, na którą wydali zaledwie kilkadziesiąt centów, mieli tyle uciechy i zabawy, że mogliby niejednemu śledziennikowi26 odprzedać połowę tego i jeszcze by im dosyć starczyło na własną potrzebę.

A ten Kazik mały — chłopczyna ledwie odrósł trochę od ziemi, a już zarabiał na siebie. On także zdziwił niemało Hulatyńskiego. Taki malec i już rwał się do pracy, a on trzydzieści kilka lat przeżył i nie pomyślał nigdy o tym. I choćby nawet chciał się wziąć do jakiej pracy, toby nie wiedział, co począć. Do ciężkiej fizycznej pracy był niezdolny, bo miał za mało sił na to, a co do umysłowej, brakowało mu systematycznej nauki.

Raz Kazik, odrabiając zadanie geometryczne, przyszedł go zapytać o sposób wykreślenia elipsy. Hulatyński nie mógł go objaśnić, bo sam nie miał o tym pojęcia, co Kazika ogromnie dziwiło, że taki duży pan nie wie tego, o czym uczniowie drugiej klasy już wiedzieć muszą.

Znał on wprawdzie języki — trzymano mu dla tego bony — umiał trochę brząkać na fortepianie, ponabywał od korepetytorów, guwernerów, od gości bywających w domu ojca, a wreszcie od znajomych dużo wiadomości z najrozmaitszych gałęzi wiedzy — ale wszystko to było u niego pomieszane jak groch z kapustą. Miał głowę jak magazyn, zarzuconą najrozmaitszymi przedmiotami, w której jednak z trudnością znaleźć można było to, czego było potrzeba. Dosyć wiedział, aby o wszystkim mówić w salonie, ale za mało, aby z tej wiedzy wyciągnąć jakąś korzyść dla siebie lub dla drugich.

Pewnego dnia, gdy z przymkniętymi oczyma leżał na łóżku, słyszał, jak mały Kazik, sądząc, że śpi zapytał wuja: „Wujciu! czymże jest ten pan?” — a Tomasz dał mu odpowiedź przyciszonym głosem: „Niczym, jest sobie panem”.

To ciche słówko „niczym”, padło jak ołów na jego serce i gniotło je boleśnie swoją prawdą. Bo w istocie był niczym.

Dopóki miał pieniądze, był panem, straciwszy je, nie miał nic i był niczym. Nie umiał nic i nie mógł się nikomu na nic przydać, nawet jeszcze zawadzał tym biednym ludziom, bo potrzebował ich opieki, pomocy, za którą nie mógł im nawet tak wynagrodzić, jak to było u niego zwyczajem.

Gdyby miał teraz w ręku choć połowę majątku, który przepuścił, to może z tym poglądem, jaki sobie wyrobił w biednej izdebce dorożkarza, zacząłby inne życie, lepsze, pożyteczniejsze, zajmowałby się ubogimi, wynajdował potrzebujących, dostarczał im środków do pracy, ale bez pieniędzy byłyby to tylko próżne marzenia. Miał zaledwie tyle, aby wynagrodzić jako tako Tomaszostwo za tych kilka tygodni, przez które go żywili i opatrywali, mogło jeszcze przy skromnym życiu wystarczyć mu tych pieniędzy na miesiąc, dwa, ale co potem?