Nie był mu ten obowiązek ani przykry, ani uciążliwy. Owszem — uczuł pewne zadowolenie, że jest potrzebny, że na coś przydać się może. Spełniał powierzony mu dozór z przesadną skrupulatnością. Co chwila stawał i zbliżał się do chorego, kładł chłodną rękę na jego rozpalone czoło i ucieszyło go, że stary znajdował w tym widoczną ulgę, bo się stawał spokojniejszy. Z kolei chodził do łóżek dzieci, poprawiał kołderki, nakrywał nimi śpiące i z zajęciem przypatrywał się ich nadobnym twarzyczkom, zarumienionym od mocnego spania, ich rozchylonym, wiśniowym usteczkom, których oddech spokojny, równy, cichy zaledwo było można pochwycić uchem.

Nie znał on prawie dzieci, nie bywał nigdy w takich domach, gdzie dzieci kręcą się koło rodziców. Teraz dopiero w domu Tomasza zapoznawał się z nimi, a teraz po raz pierwszy widział je śpiące i widok ten dziwnie miłe zrobił na nim wrażenie. Ten sen niewinnych istotek miał w sobie tak coś spokojnego, anielskiego, że nie mógł oderwać oczu od uroczego widoku. Siedział, patrzył, rozmyślał nad tym, jak piękny jest człowiek, póki go świat i namiętności nie zeszpecą i zepsują!

Wśród tych rozmyślań, mimo woli zagłębił rękę w kieszeni i namacał postronek.

Wstrząsnął się cały, jakby węża dotknął i rękę prędko wyjął. Zamiar samobójczy wydawał mu sie wstrętny, zbrodniczy wobec tego cichego snu dziatek, nad którymi powierzono mu opiekę. Dziś nie byłby w stanie spełnić takiej zbrodni, odłożył to na później.

Z powrotem Tomaszowej, za którą wnieśli tragarze lektykę, rozpoczęła się bolesna scena wynoszenia chorego. Nie obeszło się bez płaczu i lamentów nie tylko samej Tomaszowej, ale i sąsiadek, które złudzone niezwykłym o tej porze ruchem w domu, powychodziły na wpół odziane z łóżek na podwórzec, do sieni, wciskały się ciekawie, natrętnie do izby i powiększały zamieszanie.

Niektóre z nich, mając zabobonny wstręt do szpitala, odradzały Tomaszowej posyłać tam męża, prorokując, że jej zamrze, jak dwa a dwa cztery. Inne znowu radziły szpital, utrzymując, że w domu nie miałby nigdy takiej opieki, jaką tam mieć będzie. Ze starcia się tych dwóch przeciwnych mniemań powstał taki hałas, taka walka na słowa, że dzieci się pobudziły i ujrzawszy ludzi tyle, lektykę, którą właśnie tragarze wynosili z chorym, buchnęły także za kobietami głośnym płaczem.

Hulatyński zostawszy z nimi sam jeden po wyjściu ludzi, musiał je uspokajać i pocieszać — szczególniej Marysię, która dygotała z przestrachu i trzęsła się jak w febrze. Wziął ją na rękę, drżącą okrywał kołderką i tulił do siebie. Kazikowi zaś, który zaczął go się natrętnie dopytywać, co Tomaszowi się stało, dlaczego zabrali go z domu — musiał co chwilę odpowiadać na pytania.

Kosztowało go to niemało, bo nie umiał wcale rozmawiać z dziećmi, naginać się do ich pojęć i tłumaczyć im tak, aby go zrozumiały.

Gorzej jeszcze było, gdy nadszedł dzień i dzieciom trzeba było przygotować śniadanie, ubrać je, aby mogły na czas pójść do szkoły, a tu Tomaszowej widać nie było. Rad nierad musiał ją zastąpić.

Z ubraniem jeszcze poszło jako tako, bo Kazik prawie się sam ubrał, a Maryni tyle tylko co pomógł sukienkę zapiąć z tyłu na haftki i włoski rozdzielić przy czesaniu. Ale gorzej szło ze śniadaniem: nie wiedział, jak się zabrać do tego.