Kazik, gdy się po powrocie dowiedział o tym strapieniu wujenki, oświadczył rezolutnie, że on umie doskonale powozić, bo nieraz z Tomaszem jeździł do rzeki myć powozik i pławić konie. Była to jednak przechwałka chłopięca. Umiał rzeczywiście chodzić koło koni, a nawet kierować nimi, ale wtedy, gdy Tomasz był przy nim, pomagał i pokazywał. Bez niego trudno by było malcowi poradzić, bo miał za mało siły i wzrost za drobny do tego.

Pokazało się to zaraz pierwszego dnia, gdy nie opowiadając się nikomu, pobiegł w sekrecie do stajni, żeby zasypać koniom owsa i zrobić koło nich porządek. Konie wygłodzone rzuciły się do niego z taką gwałtownością, że rozsypały obrok, jego samego przewróciły i byłyby może potratowały, gdyby Hulatyński, usłyszawszy krzyk chłopca, nie był przybył z pomocą i nie wyniósł go ze stajni, omdlałego z bólu i przestrachu.

Że jednak trzeba było koniecznie, aby ktoś koło koni chodził, więc Hulatyński, nie widząc innego sposobu, zdecydował się sam to zrobić.

Zajęcie takie nie było mu obce. Był czas, kiedy jeszcze mieszkał na wsi, że bawił się w koniarza, ujeżdżał w czwórki, dobierał sobie po jarmarkach konie do maści, jeździł konno i większą część dnia przepędzał w stajni. Wprawdzie wszystkie roboty koło koni wykonywała służba, ale on znał się dobrze na tym, co i jak potrzeba zrobić. Łatwo teraz sobie to przypomniał.

Namęczył się i nasapał, bo nie miał sił, ani wprawy, ale chęć zrobienia przysługi biednej Tomaszowej dodawała mu odwagi i wytrwałości. Nakarmił konie, oczyścił i wymył powozik i wyczernił szory — rozumie się, z pomocą Tomaszowej.

Biedna kobiecina nie miała słów na wyrażenie mu wdzięczności, co chwila całowała go po rękach, dziękowała i przepraszała, że taki pan musi się trudzić dla niej. To go jeszcze więcej zachęcało do roboty. Chciał jej pokazać, co umie, i całe południe pracował bez wytchnienia, trzepiąc poduszki, porządkując w stajni sprzęty, które były porozrzucane w nieładzie. Napocił się przy tym i zmachał, co mu wywołało ogromny apetyt.

Jadł na wieczór tak, że mu się aż uszy trzęsły. Od lat kilkunastu nie pamiętał takiego apetytu, a choć potrawa była wcale niewybredna, bo kasza jaglana z suszonymi śliwkami, jednak smakowała mu lepiej27 niż dawniej delikatesy najwymyślniejsze. Spał potem doskonale, a choć niedługo, bo obudził się równo ze świtem, jednak sen ten pokrzepił go bardzo. Czuł się rzeźwiejszy i silniejszy.

Byłby chętnie jeszcze poleżał dłużej, ulegając dawnemu przyzwyczajeniu, ale ruszyła go z łóżka myśl, która nagle zabłysła mu w głowie:

„A gdyby też tak zaprzągł konie do powozu i wyjechał na miasto za Tomasza?”

Powozić umiał doskonale, a poznać by go nikt nie poznał, bo sam, przeglądając się wczoraj w lusterku po zdjęciu bandaży, nie mógł uwierzyć, że widzi siebie samego, tak zmienił się przez ten miesiąc.