Tomaszowa z początku chciała mu gotować osobno, widząc, że był przyzwyczajony do lepszego jadła, ale nie pozwolił na to, jadł to, co oni, a proste potrawy smakowały mu i służyły. Czuł się po nich zdrowy i silny. Już teraz nie myślał o śmierci. Chciał żyć, chciał pracować, Obudził w sobie energię i odwagę do walki z losem, czuł się silny i zdrowy na umyśle i ciele. Życie czynne odrodziło w nim męskość.

Czekał tylko na wyzdrowienie Tomasza, aby z nim, jako doświadczeńszym, naradzić się, co mu dalej czynić należy. Za parę dni miało nastąpić przesilenie choroby.

Przesilenie to, niestety, skończyło się śmiercią. Tomaszowa została wdową, a Hulatyński zmuszony był dalej zastępować nieobecnego i pracować, tak jak tamten, na utrzymanie całej rodziny.

Ten obowiązek dodał mu nowej energii do pracy. Teraz dopiero naprawdę uczuł się potrzebnym na świecie, z którego w tak lekkomyślny sposób chciał uciec parę miesięcy temu. Coby robiła biedna Tomaszowa? Coby robiły te biedne sieroty wychowywane przez nią, gdyby jego nie było?

Przeświadczenie o pożyteczności swego istnienia czyniło go dumnym i zadowolonym z siebie. Szło mu tylko o to, aby jak najwięcej mógł zarabiać. Nie lenił się wstawać wcześniej od innych dorożkarzy, nocami jeździł po mieście, aby tylko jak najwięcej zyskać pieniędzy. Mieć jak największy dochód: to było jego marzenie.

Pewnego dnia wskoczył na kozioł jego dorożki jakiś lokaj i kazał mu jechać na ulicę Szeroką.

Hulatyński w pierwszej chwili zmieszał się, gdy w siedzącym tuż obok siebie poznał swego dawnego służącego Franciszka. Spotkanie to było mu nadzwyczaj niemiłe, nie tyle dlatego, że tak bliskie sąsiedztwo i poufałość służącego obrażała go, ile dlatego, że obawiał się, aby nie był poznany. Franciszek bowiem w czasie jazdy kilkakrotnie mu się przypatrywał uważnie.

Hulatyński był przekonany, że go poznał, i aż gorąco mu się zrobiło z tego powodu. Okazało się jednak po chwili, że był w błędzie, bo Franciszek przypatrywał mu się tylko dlatego, że na koźle dorożki, którą jeździł tak często, zobaczył obcego woźnicę. Aż przechylił się dla zobaczenia numeru dorożki i przekonania się, czy się nie pomylił.

— A gdzie Tomasz? — spytał po chwili Franciszek.

— Oho! Już nie ma Tomasza.