Hulatyński bał się ją badać w tym względzie, by przypadkiem pod tymi cudownymi wdziękami nie dojrzał płytkości tam, gdzie się głębi duszy domyślał. Chciał się łudzić jej wartością, aby mógł ją dłużej łudzić swym przywiązaniem.
II
Była godzina druga po północy. Przed mieszkaniem Hulatyńskiego czekała jak zwykle dorożka nr 13, rzucając na bruk ulicy wachlarzowate promienie światła z latarni. Pomiędzy latarniami w ciemności drzemał na koźle Tomasz, a konie, zmęczone całodzienną jazdą, drzemały także, zwiesiwszy łby na dół. Czasem tylko, przestępując z nogi na nogę, uderzały kopytami o kamienie, a łoskot tego uderzenia rozchodził się echem po całej ulicy.
Pokoje Hulatyńskiego na pierwszym piętrze były rzęsiście oświetlone. Spóźniony przechodzeń byłby przysiągł, że tam jakaś większa zabawa się odbywa. Tak często bywało, że w pokojach tych bankietowano do rana. Hulatyński miał dużo przyjaciół — i lubił ich raczyć u siebie. Wczoraj dopiero był wspaniały bankiet.
Dziś jednak pomimo rzęsistego oświetlenia pokoje były puste. Hulatyński sam jeden przechadzał się po nich, jakiś dziwnie zamyślony i poważny, co mu się rzadko zdarzało. Otwierał różne szuflady, schowki, wyjmował z nich świstki, listy, kawałki papierów, fotografie — przeglądał to wszystko, potem darł w kawałki, miął w ręku i rzucał do kominka, na którym płonął jasny ogień.
Niekiedy zatrzymywał się dłużej przy ogniu, przypatrywał się w głębokiej zadumie, jak płomienie obejmowały wężowymi skrętami różnobarwne papiery zapisane, jak te wyginały się w palących uściskach płomieni, czerniały i ulatywały w górę, ozłocone po brzegach iskierkami ruchomymi i niknęły w ciemnym otworze kominka. Potem wracał znów spokojny do szuflad otwartych, powtarzając tę samą czynność z innymi papierami.
Wypróżniwszy w ten sposób szuflady biurka, komody, szafy, przejrzał raz jeszcze wszystkie schowki i spojrzał wokoło, jak człowiek kończący ciężką pracę.
Odetchnąwszy ciężko, powiedział sobie:
— Tak — to już wszystko...
Zmęczony usiadł, aby odpoczywać. Wyjął pugilares z bocznej kieszeni, wydobył z niego kilka banknotów po sto reńskich, przeliczył je i schował na powrót, zatrzymując w ręku jeden, który zwinął i włożył osobno do kieszeni od kamizelki.