Kiedy przyjechali do lasu, ciotkę wysadzał Hulatyński z pomocą Olimpki i umieszczano ją na rozkładanym krześle, a koło niej urządzano rodzaj obozu, dobywano z powozu kosz z prowiantami, rozkładano serwetę na murawie — i Olimpia, założywszy fartuszek, uwijała się około dzieci i podwieczorku, w którym także i on brał udział, zresztą o tyle tylko, że trzymał się nieco na uboczu od nich, pomimo uprzejmych zaproszeń ciotki i panny.
Umyślnie nie chciał przekraczać granicy, jaką mu stawiało obecne położenie, aby się nie zdradzić przed nimi i nie zwracać na siebie uwagi innych, których niemało zjeżdżało się w święta do lasu.
Wystarczało mu zupełnie, że mógł z daleka przypatrywać i przysłuchiwać się tym, którzy tak drogimi byli jego sercu. Doznawał nieopisanej radości, że znajdował się tak blisko tej, która przez tyle lat dochowała mu wiernie miłości wzbudzonej przezeń w jej sercu, oraz że ona nic nie wie o tym, iż przedmiot jej miłości znajduje się tak blisko. Wyglądało to na ustęp z jakiegoś romansu, na coś, o czym się nieraz w książkach czyta.
Gdy ją widział niekiedy zamyśloną, miłość własna szeptała mu, że może myśli o nim i pamięcią odgrzebuje dawne wspomnienia.
Nieraz brała go ochota zbliżyć się do niej i głosem, jakim dawniej przemawiał, powiedzieć:
— Panno Olimpio, to ja, nie poznajesz mnie?
Ale wstrzymywała go zawsze obawa, że może jego dzisiejsze położenie, jego twarz zeszpecona przestraszyłyby ją i ostudziły ową miłość, jaką miała dla dawnego Hulatyńskiego. Wolał więc zostawić ją w złudzeniu niż narażać się na utratę jej miłości, która go tak uszczęśliwiała.
Niezadowolenie, jakie by może wtedy wyczytała na jego twarzy, wypędziłoby go z raju, w którym było mu tak dobrze. Było tego, co miał, tak wiele, że bał się pokusić o więcej, aby nie stracił tego, co posiadał. Wystarczało mu przekonanie, że on jeden jedyny panuje w tym cichym, poczciwym serduszku, i drżał jak skąpiec na myśl o stracie tego skarbu.
Kiedy raz do Olimpki, bawiącej się z dziećmi w kotka i myszkę, zbliżył się jakiś jegomość i rozpoczął z nią rozmowę, a ciotka widząc to, szepnęła Hulatyńskiemu, że to właśnie jeden z tych, którzy starali się o Olimpkę, krew mu uderzyła do głowy z oburzenia i spochmurniał nagle, zwłaszcza gdy zobaczył twarz Olimpki ożywioną i rozpromienioną. Była taka dlatego, że zabawa z dziećmi, bieganie po lesie wywołało rumieńce na jej twarzy, ale on sobie inaczej to tłumaczył i zaczął się burzyć i niepokoić, a nie mogąc w inny sposób przerwać rozmowy z owym panem, zawołał dzieci, żeby się zbierały, szorstko oświadczając, że dłużej czekać nie może. Zazdrość zrobiła go niegrzecznym.
Przewidywał za to od Olimpki wymówki albo przynajmniej krzywe miny. Ale ona w tej chwili zaczęła ubierać dzieci, pożegnała się z owym panem i wsiadła do powozu bez cienia jakiejkolwiek urazy lub gniewu. To go rozbroiło i żal go ogarnął, że się z nią tak obszedł.