Rąbigoszewski rad nie rad musiał ustąpić, odchodząc jednak miał czas rzucić jeszcze kilka cynicznych spojrzeń na Olimpkę, a wróciwszy do swoich towarzyszy, coś im szeptał do ucha i wskazywał na nią.
Hulatyńskiemu krew kipiała z oburzenia, że śmiano w tak ubliżający sposób obserwować kobietę uwielbianą przez niego. Zarazem przyszło mu na myśl, jak często ona, idąc sama przez ulicę, może być narażona na zaczepki podobnych błaznów! Wiedział z własnego doświadczenia z lat dawniejszych, że tego rodzaju młodzież nie zna względów na kobiety niskiego stanu i uważa je za stworzone na to tylko, aby im służyły do chwilowej zabawki. Wtedy nie widział w podobnym postępowaniu nic złego, dziś mu się to okazało ohydnym, żeby tak lekceważyć uczciwość kobiety i robić sobie z niej zabawkę.
Zaczął na serio obawiać się o Olimpkę, a zazdrość powiększyła mu jeszcze więcej niebezpieczeństwa, na jakie mogła być narażona. Obawy jego nabrały większej pewności, gdy raz wieczorem zobaczył Rąbigoszewskiego kręcącego się około mieszkania Olimpki. Odtąd rozciągnął nad nią większą opiekę, rozumie się tak, żeby ona nic o tym nie wiedziała. Gdy na przykład zobaczył ją idącą przez miasto, to jechał za nią z daleka powoli, obserwując, czy jej kto nie zaczepi, nie odprowadzi. Wieczorem nieraz umyślnie przejeżdżał przez ulicę, na której mieszkała, upatrując pilnie, czy gdzie kto na nią nie czeka. Pewnego dnia w rozmowie z nią radził jej, aby dla bezpieczeństwa zamykała na noc okiennicę, niby przed złodziejami. W takiej był ciągłej trwodze o nią. Co dzień droższa mu była. Na dom, w którym mieszkała, patrzył, gdy przejeżdżał mimo36, jak na świątynię, z pewną czcią bałwochwalczą. Serce mu biło przyśpieszonym tętnem, gdy się tam zbliżał, robiło mu się smutno, pusto, gdy dom ten tracił z oczu, gdy wiedział, że nie zobaczy go, aż wieczorem. Ten dom to był świat jego cały; tu skupiły się teraz jego myśli, pragnienia. Kiedy wieczorem wracał do siebie, z lubością wpatrywał się w serduszka zamkniętych okienic; złocisty ich blask mówił mu, że tam nie śpią jeszcze, że ona przy świetle lampy siedzi przy stoliku i czyta, a może myśli o nim, może przygląda się jego fotografii. Te przypuszczenia czyniły go szczęśliwym.
Pewnego wieczoru, wracając do domu, zobaczył pod latarnią cień kobiety wydzierającej się z rąk jakiegoś mężczyzny w cylindrze. Po tym cylindrze i kształtach, które rysowały się wyraźnie na tle światła, poznał Rąbigoszewskiego. Na myśl, że kobietą napastowaną przez niego może być Olimpia, krew nim zawrzała; skoczył z kozła i rzucił się gwałtownie na napastnika, okładając go silnie pięścią. Major napadnięty tak znienacka, nie próbował się nawet bronić i począł uciekać, ale że cylinder, który mu Hulatyński silnym uderzeniem wpakował aż pod brodę, zasłonił oczy, więc biegał wkoło po ulicy jak ślepy, wymachując i macając rękoma. Przechodnie zatrzymywali się i przypatrywali ciekawie tej scenie; widok eleganta, który w cylindrze, jak w masce, latał niby wariat po ulicy, wydając z cylindra przytłumione okrzyki, obudził śmiech i szaloną wesołość. Zrobiło się małe zbiegowisko, wśród którego Hulatyński stał, słuchając opowiadania drżącej jeszcze z przestrachu Olimpki — bo to była ona.
Opowiadała mu, jak do wracającej z miasta od znajomych przyczepił się ów jegomość, jak narzucił się jej gwałtem z chęcią odprowadzenia, jak usiłował wziąć ją pod rękę i zaproponował przejażdżkę po plantach i gwałtem chciał ją zmusić do tego.
W czasie opowiadania, Hulatyński spostrzegł, że konie, zostawione same, wystraszone zbiegowiskiem, zaczęły się niepokoić, kręcić wkoło z powozem i wreszcie ruszyły z miejsca. Bojąc się, by kogo nie przejechały, rzucił się szybko przez tłum, aby je schwytać. Ten gwałtowny ruch jego jeszcze więcej je przestraszył, puściły się galopem. Hulatyński skoczył pędem za nimi, usiłując chwycić lejce, wlokące się po ziemi; ale nogi mu się zaplątały w rzemienie, zachwiał się i uderzył głową o przednie koło. Upadł pod powóz, którego stopień zadarł mu twarz, a tylne koła przeszły mu po jego piersiach.
Omdlałego i zalanego krwią podnieśli ludzie z ziemi i poczęli trzeźwić, a że nie dawał znaku życia posłali po lekarza.
Olimpia na widok niebezpieczeństwa, w jakim ujrzała swego wybawcę i przyjaciela, odzyskała odwagę i energię. Wystraszona i drżąca przed chwilą, gdy szło o nią, zdobyła się na prawdziwie męską przytomność i ona głównie zajęła się ratunkiem. Ona to pierwsza pomyślała o lekarzu, a nie chcąc zostawić bezprzytomnego na pastwę ciekawej gawiedzi, kazała go zanieść do swego mieszkania, przed którym właśnie odbywała się ta scena.
Tam kazała go położyć na sofie w saloniku, potem zamknęła dom przed natrętnymi, a zbytecznymi widzami, przygotowała naprędce bandaże, wodę i zajęła się sama trzeźwieniem i opatrywaniem chorego, dopóki lekarz nie nadejdzie.
Po długich usiłowaniach udało się jej przywrócić go do przytomności, a gdy nadszedł doktor, pomagała mu umywać krew, rozpinać koszulę i ubranie chorego, co było niezbędnym do badania.