— Jak to? Jasny pan nie wróci?
— Wrócę później.
— To zaczekam.
— Głupiś, będziesz czekał do rana?
— A choćby. Jak pan każe.
— Ja ci każę, żebyś jechał, bo się nie doczekasz. Bądź zdrów!
Powiedział te słowa ostro, krótko, aby przerwać od razu rozmowę, która go niecierpliwiła — i puścił się ścieżką w głąb lasu.
Tomasz patrzył za nim, nie rozumiejąc nic z tego, co się działo. Wydawało mu się być dziwnym, że taki wielki pan wałęsa sie po nocy w lesie jak włóczęga.
— Skąd jemu to przyszło? — myślał sobie. — W tym jest jakaś nieczysta sprawa. Albo mu się rozum pomieszał?... Kto wie? — dodał z trwogą. — Wielkim panom od zbytków i dobrego jedzenia często się w głowie przewraca... Tylko on na wariata nie wyglądał.
Po chwili znowu zaczął mówić do siebie: