— A, to ty? Czekasz tu na mnie, jak diabeł na ludzką duszę. Boisz się o swoje pieniądze? Nie bój się, oddam ci, oddam.

— Ja się tam nie boję, bo wiem, że oddasz. Tylkom chciała dobrego słowa od ciebie. Bo ty się nawet nie przywitał jeszcze. A przecież to rok, jakeśmy się nie widzieli.

W głosie latawicy było tyle rzewności i głębokiego smutku, który nieśmiało skarżył się, że mi słuchającemu, wilgotno robiło się w oczach i coś szmerało po ser­cu. Góral jednak innego musiał być usposobienia, bo szorstko odparł:

— No, i cóż z tego? Jakby mi się przyszło z każdym witać, toby człekowi gęby i nóg nie starczyło.

— Przecie my to niby krewniacy przez Tereskę.

— E, co mi to za krewieństwo — odrzekł wzgardliwie i zabierał się do odejścia.

Dziewczyna go zatrzymała nowem pytaniem.

— Sobek, czy to prawda, żeś przywiózł grube pieniądze?

— A tobie kto to powiedział? — spytał groźnie i z pewnym niepokojem góral, przystępując do Hanki z taką miną groźną, że się aż cofnęła:

— Ludzie we wsi gadają.