Obejrzała się i poznawszy mnie, podniosła się; była jednak blada jak ściana i drżała jeszcze.

— O! dla Boga — odezwała się zdyszanym, urywanym głosem — toście mnie strachu nabawili. A wy skąd się tu wzięli? Mieliście nie wrócić aż jutro.

Mówiąc to, pchała banknoty do worka i usiłowała je ukryć przede mną.

— Nie spodziewałaś mnie się i przeglądałaś swoje skarby?

— Jakie skarby? Ja o żadnych skarbach nie wiem — mówiła z głupią miną.

— Daj pokój, Hanka, nie udawaj. Widziałem przez okno. Nie bój się, ja cię nie wydam, ani ci skarbów twoich nie zabiorę.

— No, dyć ja wiem, co wy uczciwy człowiek.

— Więc tedy prawda, co ludzie mówią — rzekłem siadając — że ty masz pieniądze?

— Ta zebrałam trochę, bo człowiek nie doje, nie dośpi, narobi się, nalata — to przecież zawsze kapnie od ludzi jaki krajcar.

— Musiało często kapać, skoroś już tyle zebrała?