— Alboż wiecie wiele? — spytała, patrząc mi niespokojnie w oczy.

— Nie wiem; ale mi się zdaje, że będziesz miała kilkaset. Prawda?

— Ba, kiedy jeszcze nie mam tyle, wiele mi potrzeba — rzekła z westchnieniem i zamyśliła się. — Potrzeba mi pięć stów — a do tego jeszcze daleko — dodała smutnie.

— A tobie naco potrzeba tyle pieniędzy?

— O, to moja rzecz. Jak będę miała tyle, to mi już nic nie będzie brakowało do szczęścia.

— Będziesz mogła wtedy wydać się za Sobka?

Zaczerwieniła się tak, że twarz jej śniada wyglądała jak rozpalone żelazo, i wypatrzyła się na mnie osłupiałym wzrokiem.

— A wy skąd wiecie? To wy chyba czarownik — rzekła z przestrachem. — Ja tego nikomu nie powiedziała, nawet księdzu przy spowiedzi, — skąd wy wiecie o tem?

— To moja rzecz; dość, że wiem.

— Ale skąd? Przecież we wsi nikt wam powiedzieć tego nie mógł, bo ja nikomu nie śmiałabym była tego powiedzieć.